Wszyscy narzekają na polskie kino – że nudne, że mało oryginalne, że wciąż powielające schematy, a z drugiej strony zbyt sztuczne i krzykliwe. Sam to robię, trudno nie, gdy twórcy uderzają w widza koszmarnymi przekolorowaniami lub kolejną, nawet najlepiej zrealizowaną, opowieścią o ciężkich czasach drugiej wojny światowej. Nie jestem jednak uprzedzony i kiedy mogę chwalić, z wielką chęcią to robię. A Gośce Szumowskiej należy się zdecydowana pochwała.

Choć na temat jej filmu mówi się różnie – zarzuca się zbytnie wycofanie i zachowawczość, niechęć do traktowania swojej produkcji jako głos w sprawie społecznej – jest to coś czego w polskich kinach dawno nie było. Zdaje mi się, że reżyserka prezentuje swój najbardziej przemyślany, a przy tym najdojrzalszy film, dopracowując tu skrupulatnie wszystkie najmniejsze szczegóły. W imię… ogląda się więc z wielkim zaciekawieniem, bo od pierwszych minut daje nadzieję na coś naprawdę dobrego.

Szumowska postanawia zmierzyć się z problemem, który zachodnie kraje przepracowały już dawno dawno temu. Mimo to, zarzucanie jej, że nie nadąża uważam za zupełnie bezpodstawne. Opowieść o Adamie, księdzu, który w stan duchowny uciekł przed pożądaniem, którego nie potrafił zrozumieć, pożądaniem drugiego mężczyzny, pożądaniem drugiego człowieka to temat, który w naszym kraju zostanie uznany za kontrowersyjny, ilekolwiek by podobnych filmów nie powstało w Stanach czy Francji. Przeniesiony do nowej parafii ksiądz pracuje z problematyczną młodzieżą. Jest lubiany przez podopiecznych, zyskuje ich zaufanie i uznanie. Jednak każdego dnia walczy ze swoją naturą, skrywanym głęboko sekretem i prawdą o samym sobie. I jeśli taki film okrzykuje się mianem antypolskiego czy propagandowego to jasny znak, że Szumowska podjęła słuszną decyzję.

Tagi: „W imię”, recenzja, Małgośka Szumowska.