Dlaczego jeden z największych gangsterów Ameryki nie umiał nawet liczyć? Czy sport może pomóc przebić się w mafijnej hierarchii? Jak Al Capone wywróżył mu świetną przyszłość? W jakim celu zawsze rozmieniał swoje pieniądze na drobniejsze nominały? Którą postać z „Ojca Chrzestnego” wzorowano na jego życiorysie?

Czyli kilka potwierdzonych i mniej znanych faktów z młodości jednego z najciekawszych gangsterów ówczesnej epoki. Oto Mickey Cohen, główny antagonista wchodzących na ekrany kin „Pogromców mafii”.

Wypadałoby napisać, że Mickey miał naprawdę „przesrane” życie, które ukierunkowało go, by być złym. Do utartego scenariusza fajnie by było podpiąć opcję z wiecznie pijanym ojcem, który go codziennie tłukł jak Pudzian Najmana. Dopieścić całość urazem z młodości, wszechobecną biedą i zazdrością bogactwa innym, na koniec okrasić niestabilnością psychiczną.

Ale tak nie napiszę, bo wcale tak nie było. Może i życie go nie rozpieszczało, co nie znaczy, że było bardzo ciężkie. Mickey świetnie się do niego dostosował, a podwalinę do przyszłego sukcesu dała właśnie śmierć jego ojca, gdy miał dopiero roczek w 1914 r. Matka sześciorga dzieci, z których Meyer Harris (bo tak brzmiało jego imię) był najmłodszy, początkowo załamała się, gdyż jej sytuacja nie była wcale różowa. Niedouczona, ledwo mówiąca emigrantka z Ukrainy około 1920 r. postanowiła przenieść swoją rodzinę na mniej oblegany społecznie wschód USA – do słonecznej i słynącej z hollywoodlandu – Kalifornii. Wprowadzili się do mniej ubogiej, w porównaniu do nowojorskiego Brooklynu, dzielnicy Boyle Heights w Los Angeles.

Tagi: Mickey Cohen, bokser, boks, gangster.