Tej relacji miało tu nie być, ale życie układa się nieraz inaczej niżbyśmy chcieli, a niektóre nieskończoności są większe niż inne – i dlatego jest. Opowiem Wam w kilku słowach o moich pierwszych wrażeniach na temat jednej z najbardziej oczekiwanych ekranizacji w tym roku, kiedy na wielkim ekranie została pokazana jedna z moich ulubionych książek. I o wszystkich wrażeniach z nią związanych.

Fabuły przytaczać już nie będę, ponieważ myślę, że wielkiej historii miłości chorej na raka tarczycy Hazel Grace i osiemnastoletniego Augustusa z protezą zamiast nogi wstyd nie znać po prostu. I jak ktoś jeszcze tego nie uczynił, niech pędem leci przeczytać książkę, którą jak dla mnie przed seansem trzeba znać – uwierzcie, to całkiem zmienia sens filmu, a wyłapywanie z ust bohaterów ulubionych fragmentów sprawia, że czujemy, że ta historia znaczy coś więcej niż aktorzy potrafią nam przekazać. Co jest bardzo, bardzo piękne.

papierowyazyl.blogspot.com

Ten film jest naprawdę niesamowicie piękny i niesamowicie dobrze nakręcony. Nie ma tu wulgarności, ani nie wypada to tanio lub słabo – mam wrażenie, że w całą produkcję zostało włożone mnóstwo serca i pracy, a to na dużym ekranie bardzo dobrze widać.

Tagi: "Gwiazd naszych wina", film, relacja, ekranizacja, historia, choroba.