Śmierć, seks, zdrada, alkohol, jazz – wszystko zmieszane i wygodnie podane w jednej z najlepszych książek, które do tej pory czytałem. Recenzja „Nocnego życia” Dennisa Lehane’a.

Boston, Stany Zjednoczone. Od trzech lat panuje prohibicja. Kto ma alkohol ten ma pieniądze. Kto ma pieniądze, ten ma władzę. Joe, a właściwie Josephie Coughlin nie posiada ani jednego, ani drugiego. Leży ledwo żywy w bordowej kałuży swojej krwi, podbite oczy wyglądają jak czarne, niedojrzałe kalafiory i tylko one pozwalają odróżnić tył od przodu głowy. Nic nie wskazywało, że Joe kiedyś będzie wielki.

Na przestępczą ścieżkę wstąpił bardzo wcześnie, kiedy jako młodzik kończący podstawówkę razem z kolegami podpalał na zlecenie budki kolportażu gazet. Jego potencjał dostrzega jeden z lokalnych gangsterów Tim Hickey, który szybko przekształca go w przestępcę większego kalibru; rozpoczynają się wymuszenia, napady, sprzedaż alkoholu. Właściwie wszystko by szło malinowo gdyby nie piękna blond piękność, która zawróci Joe w głowie. Zawróci,  albo raczej wywróci życie dookoła, bo właściwie od tego momentu zaczną się jego kłopoty, a my dowiemy się, jak sobie z nimi poradzi.

Joe planuje ostatni napad na bank, po którym to razem z nową wybranką uciekną od przeszłości. To wtedy rozpocznie się łańcuch zdarzeń, które nakreślą jego życiowy kurs przez kolejne dziesiątki lat, przez Boston i więzienie Charlestown, kończąc na słonecznym Ybor City na Florydzie.

Autor przeprowadzi nas przez wyjątkowo drobiazgowo dopieszczone historyczne miejsca, od bostońskich, pełnych nowobogackiego przepychu sal bankietowych, aż po niebezpieczne porty z palącymi gryzący tytoń marynarzami. Razem z Joe zwiedzimy nielegalne kasyna, kryjówki i rozlewnie alkoholu. Nie jesteśmy zarzucani szczegółowymi jak u Lovecrafta, który to znęca się nad nami kilkoma stronami barwnych opisów. Lehane, owszem robi to także z chirurgiczną precyzją, ale w fajnych, łatwych do przełknięcia ilościach. Dużo jest momentów, kiedy fabuła przystaje na trochę i pozwala nacieszyć się detalami.