„Ogólnie rzecz biorąc, handel kobietami i dziećmi uważa się za relikt czasów, gdy „białe niewolnictwo” było formą drobnego biznesu…” – pisze autorka we wprowadzeniu. Ma rację, bo sama tak uważałam. Pamiętam moje zdumienie i reakcję niedowierzania na informację o aktualności tego świetnie prosperującego seksbiznesu na świcie. Z kolei ta książka zaskoczyła mnie skalą jego rozmiaru ujawnioną w tym zdaniu – „Rozwój globalnego przemysłu seksualnego zwiększył popyt na niewolników do takiego stopnia, że wkrótce ich liczba może przewyższyć liczbę afrykańskich niewolników sprzedanych między XVI a XIX wiekiem.” Moją uwagę zwróciło użycie nie słowa handel, ale „przemysłu”. Przemysłu!

Potem się przekonałam, że to nie będzie ostatnie moje zadziwienie. Ale zanim do tego doszło, zanim zaczęłam czytać dalej, zadałam sobie pytanie – skoro handel, a właściwie już przemysł żywym towarem (strasznie to brzmi!) jest tak powszechny, to dlaczego ja, przeciętny człowiek, nie widzę tego tragizmu wokół siebie, poza okruchami „przydrożnych widoków” sprawiającymi wrażenie regionalności problemu lub informacji, zawsze w kontekście sukcesów walki z tym zjawiskiem? Dlaczego mam wrażenie, że wszystko jest pod kontrolą – działają fundacje broniące praw człowieka, urzędnicy do walki z przestępczością, specjalne jednostki policji, a w imię wolności wyboru niektóre kraje legalizują prostytucję jak Turcja, Holandia czy Niemcy. Wszystko jest Ok! – chciałoby się krzyczeć. Otóż nie jest Ok.

Jest tylko uśpienie świadomości jednych i utwierdzenie pozostałych w normalności norm świata seksbiznesu. Jedni i drudzy są ofiarami pornokracji. Ostatnie słowo to określenie zjawiska jeszcze szerszego niż „przemysł” wprawiające mnie w kolejny, tym razem już szok! Tak, istnieje coś takiego jak „popkultura niewolnictwa”, w której „kupno i sprzedaż ludzi w celach seksualnych sprzyja tworzeniu i umacnianiu pewnego typu kultury, w której niewolnictwo staje się normą i zostaje uznane za realne rozwiązanie problemów milionów kobiet”, z systemem szkoleń dla sutenerów, jak skutecznie zniewolić kobietę i kilkuletnie dziewczynki (7-10 lat), uczące się techniki seksu oralnego na plastikowych członkach.

Świat seksbiznesu idzie z duchem czasu i potrzebami jego klientów i nie opiera się już głównie na przemocy fizycznej, ale na mistrzowskiej manipulacji mechanizmami psychicznymi począwszy od małej dziewczynki, u której świadomie rozwija się osobowość hiperseksualną pozbawioną barier ochronnych oraz kobiet przekonanych, że to jedyna droga wyjścia z biedy i takich ludzi jak ja, którym wmawia się, że to w większości ich wolny wybór. Można uwierzyć w to ostatnie, gdyby nie przytoczone ostrzeżenie filozofa Isaiaha Berlina – „Wolność jest wolnością, a nie równością, uczciwością, sprawiedliwością, kulturą, szczęściem człowieczym albo spokojnym sumieniem.” Tak zmanipulowani ludzie mogą mieć wrażenie, że nie mają z tym zjawiskiem nic wspólnego, a tym czasem „na całym świecie mafie znakomicie zdają sobie sprawę z tego, że łączą w swych działaniach biznes z polityką społeczną. Wykorzystują dehumanizację, upokarzanie i przemoc, będące summa summarum narzędziami politycznej dominacji”.

Jak dużej i w jakim zakresie uświadomiła mi autorka tej publikacji. Kobieta niezwykła, uznana przez Amnesty International za najbardziej znaną dziennikarkę śledczą i obrończynię praw kobiet w Meksyku, jak przeczytałam w materiale prasowym. Wzór dla każdego, kto chciałby zostać dziennikarzem jak napisał z kolei niepokorny, włoski reportażysta Roberto Saviano we wstępnym słowie do jej publikacji.

Tagi: niewolnica, handel, władza, Lidia Cacho.