Trzy kobiety, narratorki trzech różnych historii. Nie dają się polubić od pierwszych stron książki. Mają twarde charaktery, nieuporządkowane życie i trudną przeszłość, która boleśnie daje o sobie znać. Każda skrywa jakiś sekret. Wiele ich też dzieli, ale ważne jest to, co je połączy, bo nie dajmy się zwieść – Coraz mniej olśnień Ałbeny Grabowskiej-Grzyb ma wspólny mianownik i nie bez przyczyny trzem swoim bohaterkom autorka poświęca bardzo dużo czasu, wnikliwie je portretując.

Lena pracuje w piśmie o modzie. A właściwie pracowała. Obecnie jest bezrobotną okupującą mieszkanie swojego kochanka. A właściwie byłego kochanka. Cóż, życie młodej stylistki właśnie wpadło w zakręt i wije się teraz wśród kolejnych przeszkód. Desperacja podszyta drastycznie topniejącymi funduszami, każe jej dopuścić się szantażu na swoim żonatym eks i ta sama motywacja kieruje nią przy podejmowaniu pracy pani do towarzystwa młodej, niewidomej po wypadku Eli.

Maria próbuje stanąć na nogi. Po tym jak po wielkiej aferze i z równie wielkim hukiem wyleciała z prestiżowego stołka, na którym brylowała jako popularna dziennikarka śledcza, usiłuje powrócić do gry. W środkach nie przebiera. Gotowa jest wykorzystać wszystko i wszystkich. Nie ma skrupułów, by rozgrzebać ludzkie tragedie, byle mieć dobry temat. I właśnie taki znalazła.

Alina nie żyje. Zginęła w wypadku, o czym świadczą liczne kondolencje, nekrologi i nagrobek na lokalnym cmentarzu. Nikt nie łączy jej osoby z niepozorną, zaniedbaną panią Krysią, która na zapleczu kuchennym jednej z restauracji produkuje pyszne pierogi i paszteciki. Alina była przecież zadbaną, cenioną lekarką, a mąż zidentyfikował jej pokiereszowane po wypadku zwłoki. Trudno uwierzyć, że to mogłaby być ta sama osoba.

Kobiety łączy więc jeszcze jedno: desperacja niezbędna do osiągnięcia celu.

Podczas gdy Lena jedno robi, drugie myśli i każdą sytuację opatruje cynicznym komentarzem duszonym w jej próżnym wnętrzu, Maria dostrzega na ulicy Alinę. Ponieważ kobiety przyjaźniły się przez lata (co należałoby wstawić w cudzysłów), a Maria zdążyła już śmierć przyjaciółki opłakać wielkimi łzami (określenie „krokodyle” nasuwa mi się uparcie), sytuacja ta mocno nią wstrząsa. Na dźwięk swego imienia Alina daje drapaka, później plując sobie w brodę, że nie zachowała stoickiego spokoju i jako pani Krysia nie oddaliła się dostojnym krokiem lepić pierogi. Emocje, które kłębią się w jej koleżance rozciągają się pomiędzy zdumieniem, a radością. Nie, nie z powodu szansy na odzyskanie przyjaciółki, a rysującego się w egoistycznym umyśle bezczelnego planu zrobienia kariery opartej o cudze przeżycia. Najlepiej nieszczęśliwe, bo to się pięknie sprzedaje.

Tagi: Ałbena Grabowska-Grzyb, "Coraz mniej olśnień", recenzja, proza, literatura kobieca.