Minął rok odkąd ostatni raz podróżowałam z Victorią Twead. We wrześniu 2012 roku pisarka zabrała mnie do słonecznej, sielskiej Hiszpanii (recenzja), zaś w ostatnich dniach obrała kierunek zupełnie inny – daleki Bahrajn, który znany był mi dotąd z jednego tylko powodu – mianowicie z obecności toru Formuły 1.

Kiedy myślę orient, w wyobraźni odmalowuję pełne barw obrazy, czuję niezwykłe aromaty, słyszę śpiew i muzykę. Okładka najnowszej powieści Victorii Twead zdawała się moją wizję potwierdzać. Tymczasem jej orient okazał się nieco suchy, bezbarwny i przygnębiający, jak bahrańskie pustynie.

Jeżeli chodzi o sam sposób opowiadania czy skłonność do przywoływania najróżniejszych zabawnych anegdot z życia otoczenia, nic się u autorki nie zmieniło. „Nasz rok w Oriencie” czyta się równie szybko i miło, jak poprzednią książkę – „Andaluzja, Olé!”. Jednak otoczenie, w jakim znaleźli się Victoria i Joe nie jest już tak przyjemne i intrygujące. Spokojną hiszpańską wioskę zamienili oni na tętniący życiem, szokująco egzotyczny (przynajmniej dla Europejczyków) kraj ulokowany w Zatoce Perskiej. Do tego z ich opowieści zniknęły radosne uliczki, piękne ogrody i zachody słońca witane winem na tarasie. W ich miejsce pojawiły się: przygnębiająca szkoła, niebezpieczne ulice, irytujący ludzie i cała gama rozczarowań bohaterów.

Tagi: „Nasz rok w Oriencie”, podróż, Victoria Twead.