Słuchając na żywo Ani Dąbrowskiej, zastanawiałem się nad nie do końca jasną granicą. Między czymś, co sprawia, że pop jest zwykłym popem, równo mielącą maszynką, oraz miejscem, w którym – wciąż pozostając piosenką – zyskuje na szlachetności. Co powoduje, że robi się subtelniejszy i nabiera smaku.

Ania Dąbrowska

Mam na półce w domu trzy pierwsze jej płyty (aż się zdziwiłem). Sympatia do artystki datująca się jeszcze z czasów pierwszego „Idola” to za mało, by sięgnąć do portfela. Musiałem więc dopatrzeć się, a raczej dosłuchać w jej propozycjach czegoś nie do końca oczywistego.

Weryfikacja wrażeń sprzed kilku lat podczas występu na żywo nie wystawia Dąbrowskiej dobrej oceny. Miałem skojarzenia z Melą Koteluk, bo po paru numerach zrobiło się w podobny sposób nużąco i przewidywalnie. Będę się upierał przy aranżacjach, bo to one potrafią z banalnej pozornie melodii wydobyć sporo piękna. A te aranże w obu przypadkach są bardzo liniowe – wszyscy instrumentaliści grają allegro, na swoistego maksa. Może to wynika z faktu, że są poprawni, ale nic ponadto? Bo żeby choć jednemu z nich dać trochę pograć, ten musi umieć coś więcej, umieć wziąć na siebie – i unieść – trud nadania prostym nutom lekkości i wdzięku. Tej subtelności chyba jest trochę na płytach, w plenerowych okolicznościach, zdecydowanie jej zabrakło.

Holly Blue

Jestem pewien, że to co najlepsze wczoraj przy katowickich Trzech Stawach, usłyszeliśmy na samym początku. Usłyszeliśmy? Przerażająco mała garstka ludzi, na początku koncertu mniejsza niż liczba ochroniarzy wokół sceny. Było mi wstyd – nie pierwszy raz zresztą – że jest tak pusto, cicho i byle jak. Co musi się wydarzyć, by ludzie wyszli z domów?

Tagi: Ania Dąbrowska, Holly Blue, Mela Koteluk, Urodziny Katowic 2013.