Wes Craven jest jednym z najbardziej nierównych reżyserów jakich filmografie dane mi było zgłębiać. Obok filmów całkowicie zwyczajnych i przeciętnych, ani złych, ani dobrych odnaleźć można i prawdziwie perełki i kompletne nieporozumienia.

To zaskakujące, że człowiek tworzący filmowe arcydzieła gatunku jakim jest horror, filmy, które w historii kina zapisały się jako klasyki, potrafi babrać się błocie beznadziejnych, z góry spisanych na straty, pomysłów. Choć sumiennie zalicza kolejne upadki, zdarzają mu się również momenty olśnienia. Nie ukrywajmy – dzieje się to zdecydowanie rzadziej. Rozkochany w pastiszu filmowym prześmiewczo traktuje gatunek dla innych niebywale ważny i cenny – czasami przekraczał jednak granice dobrego smaku, co kończyło się – niestety – koszmarnie. I mimo że przez ostatnie kilka lat spod swoich skrzydeł nie wypuścił niczego dobrego, nie można zapominać o jego sukcesach. Postanowiłem więc bliżej przyjrzeć się jego karierze i stworzyć subiektywny przegląd najlepszych i najgorszych filmów Wes’a Craven’a.

Najgorsze

3. „W mroku pod schodami”, 1991, USA.

cinemuwi.blogspot.fr

O zaszczytne miejsce na podium najgorszych filmów Wesa Cravena walczyły dwa filmy – „The People under the stairs” i „Deadly Friend”. Drugi z nich głównie za sprawą idiotycznej fabuły filmu młodzieżowego – jest to historia inteligentniejszego od swoich rówieśników szesnastolatka, który konstruuje robota obdarzonego sztuczną inteligencją. Robot ten mówi, jeździ po osiedlu, odczuwa radość jak i gniew. Kiedy przyjaciółka głównego bohatera umiera, ten przeszczepia jej mózg swojego metalowego kolegi tworząc coś na modłę potwora doktora Frankensteina. Durne, prawda? Ale gorsza od tego jest opowieść nie tak głupia, a przez realizacje i niezrozumiałe posunięcia zupełnie zniszczona. Biedny dzieciak wraz ze swoimi starszymi (dorosłymi) kolegami postanawia obrabować najbogatszych ludzi w mieście. Gdy dostaje się do ich domu okazuje się, że ludzie ci są niebezpiecznymi psychopatami, a ich piwnice zamieszkują dziwaczne monstra. Na plus można tu zaliczyć kreacje aktorskie Wendy Robie (Mamuśka) i Everetta McGilla (Tatuśko) jednak wszystko inne, tak bardzo pozbawione klimatu, tak puste i wyprane z uczuć, najzwyczajniej w świecie rażące w oczy powoduje, że seans W mroku pod schodami nudzi i irytuje.

2. „Wampir z Brooklynu”, 1995, USA.

cinemuwi.blogspot.fr

Wes Craven uwielbia połączenie komedii z horrorem. Czasami mu to wychodzi – o tych filmach w najlepszych, czasami nie – i tak jest właśnie w przypadku „Wampira z Brooklynu”. Sam pomysł stworzenia opowieści o ostatnim żyjącym wampirze, zagranym przez Eddiego Murphy’ego bardziej przypomina pomysły twórców Strasznego Filmu, nie reżysera, który rok później spłodził genialny „Krzyk”. W efekcie otrzymujemy film ni to śmieszny, ni to straszny, nudny i nijaki. Miszmasz nie do przełknięcia wzbudza poczucie zażenowania, a usilna chęć innowacyjnego podejścia do tematu jedynie politowanie. I byłoby w porządku gdyby zrobienie filmu nie przerażającego, nie zabawnego, po prostu – do granic możliwości kiczowatego – było zamiarem Cravena. Ale wszystko wskazuje na to, że on naprawdę uważał scenariusz Wampira w Brooklynie za świetny pomysł na film.

Tagi: Wes Craven, „Wampir z Brooklynu”, „Krzyk”, „W mroku pod schodami”, horror.