Skoro już uwielbiasz za mroczny charakter Geralta z Rivii, a Sherlocka Holmesa za spryt to z pewnością powinieneś poznać także komisarza Zygmunta „Zygę” Maciejewskiego.

W książce nie ma ani krzty mowy o prohibicji, aczkolwiek cała akcja dzieje się w czasach mniej więcej równoległych, tj. w międzywojennym Lublinie. Nie znajdziecie w niej ani odrobinę gangsterki, no chyba, że będziemy mieli na myśli „archeologiczną mafię”. Prawie nie będzie strzelanin, ale za to trup będzie się słał grubo. Z pewnością nie poczytacie o życiu w cieniu nowojorskiego Empire State Building, ale poczujecie ogrom kulturowości stolicy lubelszczyzny. Nie będzie lansowania się starymi fordami z kobietami na tylnich siedzeniach, za to będą ciekawe pościgi polskimi CWSkami. Nie będzie mowy o Johnach, Alphonse’ach i innych trudnych do wymówienia imionach, ale będą nasi polscy Markowie, Stanisławi i Zygmunci.

Podchodząc do „Morderstwa” miałem pewien dystans, a do sięgnięcia po nią skłoniła mnie przede wszystkim okładka poprzedniego wydania (wiem, wiem) i tło historyczne. Oprócz „Sherlocka” nie sięgałem nigdy do kryminałów, tak więc nawet nie mogę stwierdzić, że jestem specjalistą w tej dziedzinie. Kilka ciekawych książek w życiu łyknąłem i z pełną świadomością mogę polecić pierwszy tom ( bo dziś już jest ich aż pięć!) przygód „Zygi”.

No właśnie, bo o nim jeszcze nie wspominałem, a jest z pewnością gwoździem całego programu. Komisarz Zygmunt Maciejewski to dość specyficzny, lubelski policjant. Mało przystojny; złamany w czasach bokserskiej świetności nos do tej pory szpeci w większości czasu nieogoloną twarz, okazyjnie zalewaną wódką z wyskrobanych i nieodłożonych do Powszechnej Kasy Oszczędności drobniaków. Braki fizyczne nadrabia świetną intuicją, logiką, kojarzeniem faktów i jak nam przyjdzie poznać także sprytem.

To właśnie ta ostatnia cecha jest w większości kluczowym elementem do rozwiązania zagadek kryminalnych. To jest kolejny aspekt, który mnie zachęcił do kupienia książki. Bardzo byłem ciekaw jak kryminalni rozwiązywali swoje zagłostki nie mając czegoś takiego jak CSI, a kryminologia dosłownie raczkowała. Jak wtedy rozwiązywano zagadki kryminalne? Nie było komputerów, żeby zrobić kilkuminutowy research informacji w nieaktualnej prasie, a zostawionej omyłkowo śliny nie można było poddać dogłębnej analizie DNA. I nawet bez takich technologii kiedyś zamykano przestępców z niepodważalnymi dowodami winy, a sprawa, nad którą będzie się głowił „Zyga” jest świetnym tego przykładem.