Modlitwa – czym ona tak naprawdę jest? Rozmową z Bogiem, błaganiem o cud, uwielbieniem Stwórcy, a może nudnym obowiązkiem, który trzeba odbębnić każdego dnia? I pewnie dlatego, że nikt nie sprawdza jak się modlimy i ile z siebie wkładamy w codzienny pacierz, tak naprawdę odpowiemy za nią dopiero po śmierci. Bo modlitwa to zbliżanie się do Boga, opowiadanie mu o swoim życiu, proszenie, przepraszanie, jak u prawdziwego Taty. Tylko, że Ojciec Niebieski może przez tę modlitwę sprawić… prawdziwy cud.

Amanda to kobieta, która od roku zmaga się z tragedią, która ją dotknęła – straciła swoje dziecko, o którym tak bardzo marzyła. Mimo upływu czasu wciąż nie może się z tym pogodzić, zwłaszcza, że pokoik wyremontowany dla dziecka wciąż jest gotowy, pracuje na oddziale noworodkowym, a rodzina jej męża jest duża i wielodzietna, więc święta w tym hałaśliwym gronie ranią kobietę od środka. Pewnego dnia jej życzliwa sąsiadka proponuje jej, aby pojechała z nią do Jerozolimy, a Amanda pod wpływem chwili się zgadza. Tym sposobem już kilka dni później jest w samolocie zmierzającym do Ziemi Świętej. W tym zaś mieście, przy Ścianie Płaczu pozna pewną niezwykłą kobietę, która nauczy ją ufnej modlitwy. I pomoże ponownie wejść we właściwy tor życia. Czy Amanda spełni oczekiwania?

Są takie książki, na które musi nadejść odpowiedni czas. Gdy on nadejdzie i właśnie wtedy po nią sięgniemy, mimo tego, że nawet nie będzie idealne, to pochłoniemy je z wypiekami na twarzy, uśmiechem na ustach, porzucając wszystko co mamy do zrobienia, aby wypełnić dni jej lekturą. „Modlitwa nieznajomej” właśnie taka się okazała – gdy nadeszły listopadowe, smutne popołudnia, nawał nauki, przygniatające troski, to sięgnięcie po nią okazało się strzałem w dziesiątkę. Tego właśnie szukałam… i dokładnie to, co chciałam otrzymałam.

Tagi: Modlitwa nieznajomej, dziecko, Ziemia Święta.