Ameryka karmi nas durnymi komediami. Wszyscy znamy historię trzech panów, którzy gubią przyjeciela na wielkim kacu. I to właśnie on, jeden z nich wszystkich, za kilka godzin bierze ślub. Dodajmy tygrysa, wybite zęby, żółte dziecko i wszyscy będą się cieszyć.

Kolejnym top-tematem jest kwestia dziewictwa – USA kocha je tracić. Najlepiej w formie zakładu z kolegą, tajnego paktu, KONIECZNIE z deadlinem. Wszystkie „American Virginy”, „Supersamce”, „Czterdziestoletnie prawiczki”, „American Pie” i pozostałe wymyślne produkcje. Bałem się, że zrobią to z Larsem – bądź co bądź fabułą spokojnie wpisałby się w ramy stylowe wyżej wymienionych „dzieł”. Na szczęście twórcy poszli w zupełnie inną stronę. I chwała im za to.

A co z tą fabułą? Otóż poznajemy Larsa w trudnym okresie jego życia. Kiedyś otwarty i przyjacielski mężczyzna dziś odmawia spotkania nawet najbliższej rodzinie. Ukrywa się przed światem w domu-garażu, unika kontaktu, który nie jest konieczny. W pracy jest ponury i osowiały, a na zaczepki kolegów odpowiada zmęczonym spojrzeniem. Nic dziwnego, że ludzie zaczynają się niepokoić.

Ale nagle coś się zmienia – Lars kogoś poznał, poznał kobietę. Nie za dobrze mówi po angielsku, ale jest miła i uczynna. Na imię jej Bianca i mogłaby być naprawdę uroczą młodą damą. Problem w tym, że… jest z plastiku. I jak to wyjaśnić biedaczynie, który szepcze w jej ucho najczulsze słówka, spaceruje po lesie zabawiając anegdotami, w kościele śpiewa z nią pieśni, a jej kawę słodzi łyżeczką cukru?