Seth MacFarlane to komik, aktor, producent, scenarzysta i reżyser w jednym. Znany przede wszystkim z serialu „Family Guy”. Jego ostatnia produkcja „Ted”, czyli historia przyjaźni dorosłego faceta z pluszowym misiem, także cieszyła się sporą oglądalnością choć balansowała na granicy dobrego smaku. W najnowszym dziele MacFarlane zabiera swoich widzów w podróż w czasie na Dziki Zachód. Autor pozostaje jednak wierny swojemu stylowi, to znaczy, że nie ma tu fabuły, są za to kloaczne żarty, z których można nawet wybrać kilka perełek.

Historia kręci się wokół osoby Alberta, tchórzliwego hodowcy owiec. Gdy odmawia udziału w pojedynku, jego dziewczyna postanawia go zostawić. Albert pogrąża się w depresji do momentu, gdy poznaje pewną nieznajomą, która swoim pozytywnym nastawieniem pozwala odnaleźć mu wiarę w siebie. Niestety biedny Albert nie wie kim tak na prawdę jest jego nowa dziewczyna. Gdy w mieście pojawia się jej mąż, najgroźniejszy rewolwerowiec na zachodzie, Albert wpada w (nie)poważne kłopoty.

Z Dzikiego Zachodu kpiono już na wiele sposobów. Niestety MacFarlane nie wnosi w tej kwestii nic nowego, poza wulgarnymi i obleśnymi żartami, kilkakrotnie przekraczającymi granice dobrego smaku. Znając jednak twórczość tego autora, trudno się dziwić. To, co jednak udawało mu się świetnie w kreskówkowym „Family Guyu”, w filmie aktorskim wypada średnio, co mogliśmy już ujrzeć na przykładzie Teda. W zasadzie mamy do czynienia ze zbitką skeczy, jednych zabawnych, innych mniej.

Tagi: Milion sposobów jak zginąć na zachodzie, Seth MacFarlane, Charlize Theron, Amanda Seyfried, komedia, recenzja.