„Miasto 44″ to film trudny do zrecenzowania, w którym odrzucające wady i ogromne zalety mieszają się w jedno, tworząc coś w rodzaju kinowego wybryku nienadającego się do jednoznacznej oceny. Widać to szczególnie na przykładzie olbrzymich rozbieżności w recenzjach polskich krytyków, gdzie znajdziemy tyle samo pochwał, co zarzutów. W tym kontekście z filmem Komasy jest jak z samym Powstaniem Warszawskim – każdy ma na ten temat inne zdanie. Jednak sam reżyser nie zabiera głosu w coraz bardziej burzliwym dyskursie o zasadności powstania, nie wartościuje i nie określa, nikogo nie nazywa ani patriotą, ani zbrodniarzem. Czy to dobrze, czy źle? – oceńcie sami.

Komasa zrobił przede wszystkim film o emocjach, o młodych ludziach, narwanych, nierzadko głupich, ale kierowanych porywem serca, tęskniących za wolnością, których można skrytykować za pewne postawy, ale nie można zapomnieć, że młodość rządzi się swoimi prawami. Sam zryw, nawet jeśli odpowiednio nieprzygotowany, jest jak najbardziej szlachetny. Reżyser nie próbował się przypodobać nikomu poza młodą publicznością, co jest jednocześnie zaletą i wadą. Bo „Miasto 44″ jest filmem popularnym, korzystającym z mainstreamowych klisz, przede wszystkim nastawionym na zysk. To takie małe polskie hollywood. I to w pewnych momentach razi.

Twórca „Miasta 44″ od samego początku twierdził, że film nie będzie historycznym odtworzeniem faktów. Nie będzie opowiadał losów znanych bohaterów. Komasa skupił się na ukazaniu fikcyjnej historii na tle tak istotnego dla Polaków Powstania Warszawskiego. Mimo to jednak poszczególne fakty znajdują miejsce na ekranie, zobaczymy przeprawę przez kanały, upadek Czerniakowa i inne historyczne momenty. Na tym tle rozgrywa się młodzieńczy bunt, ci ludzie od początku wiedzą, że muszą walczyć. Chodzi o sam fakt przeciwstawienia się tyranii. Symboliczna w tym momencie staje się scena, w której główny bohater porzuca ukochaną, która zmusza go do ucieczki i powraca do swojego oddziału by dalej walczyć.

Tagi: Jan Komasa, Masto 44, film, recenzja, opinie.