Na scenie widzę ośmiu facetów: trzech wokalistów – lider, Said Tachiti, obsługujący strunowe instrumenty szarpane (guembri i lutnię) oraz perkusyjne, pozostali dwaj grający też na perkusjonaliach, do tego saksofon, klarnet, gitara, bas i perkusja – i do głowy przychodzi mi następujący obrazek:

Paru Węgrów na wycieczce w Maroku, wskutek krwi bardziej niż zwykle rozrzedzonej palinką, trafia na rynek małego miasteczka. Uliczny handel, targowisko, trwa w najlepsze, gdzieś w samym rogu rozbrzmiewa muzyka – paru grajków próbuje zarobić trochę grosza. Nagle gościom robi się jakoś ciasno i ciemno przed oczami, zostają otoczeni przez grupę kilkunastu tubylców. Spod czarnych grzyw błyskają białka oczu, zdecydowanie mało przyjazne. Porozumieć się nie sposób, sytuacja wymyka się spod kontroli, w dłoniach błyskają noże. Cała grupa, w upiornym milczeniu, przesuwa się gdzieś w kąt, w cień, który dają okoliczne domy. Zatrzymuje się tuz obok muzykantów.

Nagle jeden z Madziarów, wiedziony jakimś instynktem, szybkim ruchem podnosi z ziemi leżący instrument i zaczyna grać wraz z zespołem. Ostrza, które w pierwszej chwili znalazły się tuż przy jego gardle, powoli opadają, tak jak opadają trzymające je dłonie, a po może minucie znikają w kieszeniach. Ktoś z dotychczasowych napastników wybucha śmiechem, co udziela się wszystkim pozostałym. Nie wiadomo skąd pojawia się alkohol i naczynia. Butelka, jedna, potem następna, szybko krąży wśród mężczyzn. Atmosfera ulega całkowitej przemianie – nastrój zabawy udziela się wszystkim.