Ależ mi było trzeba teraz takiej książki! Przyjemnej, niegłupiej, pełnej ciepła i emocjonującej. Odkąd wczorajszego popołudnia otworzyłam pierwszą jej stronę, bez reszty przepadłam i na kilka wspaniałych godzin przeniosłam się do niezwykłego, urzekającego świata. Świata pełnego barw i zapachów, miłości i dramatów, tajemnic i ciepła…

Emily właśnie się rozwodzi, przechodzi twórczy kryzys, wciąż żyje swymi dawnymi sukcesami. Jest kobietą niespełnioną i zagubioną. Niesiona impulsem wyjeżdża na wyspę, którą kochała jako dziecko i nastolatka. Tam odżywają w niej dawne wspomnienia i rodzą nowe uczucia. Tam też na jaw wychodzą rodzinne sekrety, miejscowe legendy i fakty o skomplikowanych relacjach między mnóstwem ludzi.

Co wspólnego z życiem Emily ma pamiętnik z lat czterdziestych? Dlaczego jej bliscy zachowują się jakby skrywali ogromne tajemnice? Jak wielką rolę w rozpoczętej przed dziesięcioleciami historii odegra nasza bohaterka? I czy uda jej się połączyć zerwane niegdyś nici? Pytań można stawiać wiele, tak jak wiele w tej opowieści skrywa się wątków i tajemnic. Rolą czytelnika jest zapadnięcie się w tę opowieść, łączenie podsuwanych przez autorkę faktów i odkrycie, jak wiele pięknych historii może napisać życie…

Tagi: Marcowe fiołki, Sarah Jio, The Violets of March, powieść obyczajowa, recenzja.