Nikt – szepnęła pani Neville – tak naprawdę nie dorasta.
Nikt.

A jeśli wydawało mi się, że jestem wyjątkiem, to faktycznie – tylko mi się wydawało. Wystarczyło, że wzięłam do ręki tę magiczną opowieść, w której jednak nie ma czarodziejskich sztuczek i mocy nadprzyrodzonych, by w najciemniejszym zakątku mej duszy odnaleźć małą dziewczynkę, drepczącą wytyczonymi ścieżkami przez dorosłe życie i uwolnić z kajdan konwenansów społecznych, a w najgłębszym miejscu serca odkryć na nowo i ożywić skamieniałe emocje, których nie wolno było mi ujawniać, by nie otrzymać etykiety dziwaczki (bo śpiewam pod nosem ulubioną melodię w miejscu publicznym), kłamczuchy (bo wymyślam pajęczyny, tam gdzie nie ma pająków, a mrok tam, gdzie palą się światła) , naiwnej (bo pomagam wrogom) czy stukniętej (bo noszę kolczyk w nosie, nie mając nastu lat).

Ale w tej opowieści można było mi wszystko, bo kłamczucha oznaczała dar wyobraźni i umiejętność jej ubrania w słowa, naiwna obdarzała darem współczucia i przebaczania krzywdzącym, stuknięta dawała posiadanie czarodziejskiej, wewnętrznej mocy czynienia świata wokół ciekawszym i piękniejszym w swojej różnorodności, a dziwaczka oznaczało żyjące we mnie dziecko, potrafiące otworzyć drzwi do magicznego świata dzieciństwa, w którym schowane są skarby niepozwalające iść przez życie niemym, ślepym i głuchym na wszechobecne zło.

A wszystko to udowodnił mi autor za sprawą głównego bohatera i jednocześnie narratora tej opowieści. Dwunastoletniego Cory’ego, mieszkającego w małym, amerykańskim miasteczku Zephyr, jakich wiele na całym świecie, gdzieś w Alabamie, na przełomie lat 1964/1965.