Za filmy z udziałem Evy Green mogę brać się w ciemno. Co prawda zdarzy mi się trafić na niewypał (tak, przy każdej możliwej okazji będę podkreślał moje niezadowolenie z seansu Mrocznych Cieni), ale znaczna większość to prawdziwe perły. I tym razem, zachęcony niedawnym seansem Ostatniej miłości na ziemi, sięgnąłem po Łono bez większego rozeznania.

Po raz kolejny otrzymałem film, który nie był może majstersztykiem współczesnego kina, był jednak tak piękny wizualnie, tak idealnie dopracowany, dopieszczony i wyestetyzowany, że trudno przejść obok niego obojętnie. Każda scena wygląda tu na uzyskaną w efekcie ciężkiej, mozolnej pracy, a każdy kadr mógłby spokojnie pretendować do miana fotografii. W połączeniu z muzyką i niezwykłym czarem odtwórczyni głównej roli powstał film, który dosłownie pochłania się oczami, mimo że historia nie chwyta za serce, aż tak mocno jakby tego chciała.

Opowieść skupia się wokół Rebeccy, która po latach wraca do miejsca, gdzie wychowała się u boku dziadka, by odnaleźć swoją młodzieńczą miłość. W dzieciństwie zmuszona do wyjazdu do Japonii musiała rozstać się z Thomasem, teraz po dwunastu latach postanawia go odszukać. Miłość która połączyła dwójkę dziesięciolatków trwała w nich przez wszystkie te lata, czekając na ponowne rozbudzenie. Niestety – nie jest im dane żyć długo i szczęśliwie – Tommy ginie w wypadku samochodowym. Kobieta nie potrafi pogodzić się ze stratą ukochanego – na szczęście nowoczesna medycyna ma dla niej kuszącą, acz dość kontrowersyjną, propozycję. Pogrążona w rozpaczy Rebecca decyduje się na podjęcie ryzyka – postanawia urodzić klona swojej miłości.