A myślałem, że surrealistycznie to nie po mojemu – przynajmniej w filmie. I że z tym gatunkiem to ja już nigdy się nie polubię, przenigdy! Wspominam ciągle próby zaprzyjaźnienia się z wymyślnymi wizjami coraz to kolejnych twórców, które to zawsze kończył się porażką. Wygląda jednak na to, że nie jest ze mną tak źle – wciąż potrafię przyznać się do błędu, bo „Legenda Kaspara Hausera” oczarowała mnie pod niemal każdym względem.

Czego mi więc potrzeba? Rzetelnych, sugestywnych, ociekających klimatem zdjęć, porządnego montażu, mocnej, charakternej muzyki, pod tym wszystkim dobrej historii – dokładnie wymieszanych i oblanych sosem z psychodelii. Niby nic, a jednak znaleźć to nie tak łatwo. Szukałem więc, choć bez przesadnego entuzjazmu. I kto by pomyślał, że w zupełnie pustej (ładniej zabrzmi prywatnej) sali kinowej, w środku tygodnia, w dniu nie zwiastującym niczego nadzwyczajnego przeżyję jedną z najlepszych imprez ostatnich tygodni?

Mamy wyspę X. Wyspę X nad morzem Y. Wyspę X nad morzem Y w roku 0. Wyspę X nad morzem Y w roku 0 zamieszkałą przez kilku osobliwych bohaterów. Każdy z nich zajmuje ściśle określoną pozycję społeczną, nie wdając się w zbędne szczegóły nazywamy ich Szeryfem, Królową, Księdzem – żeby nikt się nie pomylił, wszyscy swoje imiona noszą jakoby na sobie (czy to w formie nadruku czy napisu na ciele). I w tym harmonijnym i poukładanym świecie, pewnego słonecznego dnia, prosto z wód mórz i oceanów wyłania się postać niecodzienna – Kaspar Hauser! Jest to osobnik oryginalny, wyróżniający się w nawet tak indywidualistycznej grupie jaką stanowią mieszkańcy wyspy. W oczach Królowej stanowi on zagrożenie dla społeczeństwa, hierarchii i oczywiście jej samej. Postanawia więc, że wychudzona istotka z blond czupryną musi jak najszybciej zniknąć.

Tagi: „Legenda Kaspara Hausera”.