Przyznaję, łatwo mnie złapać na haczyk ładnej okładki i ciekawego tytułu. Mam słabość do ilustracji w stylu retro, sepiowanych zdjęć, pastelowych obrazków, fotografii z emocjonalnym ładunkiem.

Intrygują mnie tytuły, które niby coś sugerują, ale są na tyle tajemnicze, że nie wiadomo do jakiej treści je dopasować. Jeśli dodatkowo za piękną okładką i interesującym tytułem, kryje się historia zwykłych ludzi – bez namysłu wciągam ją na listę książek do przeczytania. A gdy opowieść jest opowieścią dziecka, jest więcej niż pewne, że pobiegnę po nią do księgarni nie czekając na to aż mąż zapyta: kochanie, jaką książkę chcesz na urodziny?

„Lalki z getta” Evy Weaver wypatrzyłam w kwietniowych zapowiedziach wydawniczych. Już sam tytuł wzbudził moją ciekawość, bo nijak nie potrafiłam znaleźć miejsca dla zabawek w przygnębiającym, pełnym bólu, strachu i głodu świecie zniewolonych Żydów. Opisu z okładki nie czytałam, pomyślałam więc, że skoro historia napisana przez Weaver, jest historią dziecka, to może właśnie mali dorośli określani są mianem lalek?

Teoria okazała się chybiona, ale nie przyniosło mi to zawodu. „Lalki z getta” okazały się przepiękną i wzruszającą historią. Instynkt mnie nie zawiódł, za intrygującym tytułem i przepiękną okładką, kryje się historia jeszcze wspanialsza, niż mogłam przypuszczać.

„Gdy został uszyty ten płaszcz, miałem dwanaście lat. Nathan, nasz krawiec i drogi przyjaciel, uszył go dla mojego dziadka w pierwszym tygodniu marca 1938 roku. Dla Warszawy i dla nas był to ostatni rok wolności” – tak zaczyna swoją historię Mikhael.

Mamy 2009 rok, Mika jest już starszym mężczyzną. Mieszka w Nowym Jorku. Właśnie spaceruje po mieście ze swoim trzynastoletnim wnukiem Danielem. Przypadkowo ujrzany plakat, budzi w nim wspomnienia z okresu wojny. W Danielu, staruszek znajduje wdzięcznego słuchacza. Zaczyna więc swoją opowieść. Opowieść małego lalkarza z warszawskiego getta.