Nadzieja – podobno matką głupich. Podobno umiera ostatnia. A jednak każdy, gdzieś na dnie swego serca ją posiada i każdy gdzieś na dnie swego serca ją nosi.

I może zaprzeczać, złościć się i krzyczeć, lecz i tak nie zagłuszy tego cichego głosu w swoim sercu. Głosu, który podpowiada, że będzie lepiej, że się uda i wszystko się ułoży. Kiedy ten głos będzie prowadził nas przez życie, zapewniam, że od razu zrobi się nieco lżej.

Foxworth Hall został na nowo odbudowany – z jeszcze większym przepychem i bogactwem. Cathy i Chris przyjeżdżają tam by świętować dwudzieste piąte urodziny Barta, po których, zgodnie z testamentem jego babci, otrzyma on ten dom na własność. Kiedy tam przyjeżdżają, okazuje się, że oprócz syna Cathy czeka na nich ktoś jeszcze – Joel, uznawany za zaginionego i zmarłego syn Malcolma, a ich wujek.

Po latach ukrywania się w zakonie postanowił wrócić do starej ziemi, by tu umrzeć, ale jaki do tego czasu będzie miał wpływ na Barta? Lecz to nie koniec niespodzianek – na przyjęciu urodzinowym zdarza się tragiczny w skutkach wypadek, który obróci życie Cathy i Chrisa do góry nogami…

To już czwarta część z cyklu autorstwa Virginii C. Andrews, którą miałam okazję czytać. „Kwiaty na poddaszu” były mówiąc krótko świetne, szokujące, wbijające w fotel i bardzo wciągające. Potem coś się zepsuło –„ Płatkina wietrze” jak i „A jeśli ciernie” zamiast porywać irytowały, zamiast szokować budziły obrzydzenie, a czytelnik już nie mógł doczekać się końca i tragicznego zakończenia tych powieści, które faktycznie budziło refleksje i zastanawiało.