Jesień oznacza nie tylko to, że pora zakończyć błogie wakacyjne lenistwo, ale jest też ważnym wydarzeniem dla każdego serialomaniaka i to aż z dwóch powodów.

Po pierwsze we wrześniu odbywa się rozdanie nagród Emmy, czyli takich telewizyjnych Oscarów. Przypomnijmy, że w tym roku najważniejszą statuetkę zdobył serial „Breaking Bad” i trudno się z Amerykańską Akademią Telewizyjną nie zgodzić w tej kwestii: sezon finałowy był wyśmienity, a i sama produkcja to prawdziwa perełka. Scenarzyście – Vincowi Gilliganowi – udało się stworzyć bohatera z krwi i kości, który z sezonu na sezon zmieniał się tak bardzo, że w ostatnich odcinkach trudno było w Walterze Whitcie rozpoznać nieporadnego nauczyciela chemii, jakim był, zanim wszystko się zaczęło. Z kolei drugi powodu zapewne się domyślacie: nowości. I chociaż ostatnimi czasy coraz wyraźniej zaciera się utarty podział na wprowadzanie nowych produkcji tylko wiosną i jesienią, to jako serialomaniaczka bardzo czekam na rozpoczęcie sezonu jesiennego, bo z reguły właśnie wtedy powstają najciekawsze produkcje (a może po prostu najlepiej się je ogląda?). I tak też włączyłam ostatnio pilotażowe odcinki trzech seriali: „Hostages”, „Masters of sex” i „Sleepy hollow”. Czy znalazłam coś dla siebie? O tym możecie przeczytać poniżej.

Na pierwszy ogień idzie „Hostages”, czyli produkcja na którą bardzo mocno czekałam, bo Toni Colette jest według mnie bardzo dobrą aktorką, a Tate’a Donovana bardzo lubię za rolę Toma z „Damages”. Pierwszy strzał i pierwsze rozczarowanie. Ale od początku. Fabuła serialu opowiada o pani doktor, która zostaje wybrana do zoperowania prezydenta Stanów Zjednoczonych. W przeddzień zabiegu w domu Sanders zjawiają się porywcze, którzy grożą śmiercią jej rodziny, jeśli ona nie zabije prezydenta na stole operacyjnym. Jak sami widzicie, fabuła zapowiadała się całkiem całkiem, do tego doszli dobrzy aktorzy, co dawało dużą nadzieję na to, że powstanie jeśli nie bardzo dobry, to przynajmniej dobry serial. Niestety pierwszy odcinek okazał się kiszką. Pomimo tego, że dużo się działo, napięcie było praktycznie żadne. Do tego drewniana gra aktorska i bohaterowie, których trudno polubić. Nadzieję na to, że jednak da się „Hostages” uratować daje nieoczekiwane zakończenie. A nuż coś z tego jeszcze będzie, dlatego czekam na kolejny odcinek. Pewne jest jedno: nowe „Homeland” to to nie jest i nigdy nie będzie.

Tagi: seriale, nowy sezon, „Hostages”, „Masters of sex”.