Wnuk króla Heroda. Syn króla Antypatra i świątynnej służki Miriam, jedynej córki „Joachima Lewity należącego do tak zwanych Dziedziców Dawida” i Hanny z rodu Mikal. Wychowany przez ojczyma, który dał mu ojcostwo, braci i ciesielski fach. Uczeń o ponadprzeciętnej inteligencji i dociekliwości uczonego, przerastający wiedzą swoich nauczycieli. Członek zakonu Esseńczyków, w którym studiował Pismo pod kierunkiem Mistrza Postulantów.

Mąż Marii, córki Kleopasa. Prawowity dziedzic królewskiego tronu Żydów, poeta, uzdrowiciel, mędrzec, nauczyciel etyki, prorok i wizjoner państwa żydowskiego, w którym pod jego łaskawymi rządami, wierząc w Boga Ojca, „żyliby całkowicie wolni od grzechu, niedostatku, chorób i strachu przed śmiercią.”

A imię jego było… Jezus.

Ten sam, którego znam z „Biblii”, odzianego w szaty mistycyzmu, wyniesionego do roli Syna Bożego, zrównanego z samym Bogiem i ostatecznie nim obwołanym. Dwie wykluczające się biografie. Jedna człowieka, druga Boga.

Herezja? Dokładnie tak pomyślano, kiedy ta pozycja ukazała się w Portugalii i Irlandii, i nałożono na nią anatemę, zdjętą dopiero w połowie lat 70. XX wieku. W Anglii, gdzie miała swoją premierę w 1946 roku, w tym samym czasie, zdążyło się już ukazać 6 wydań. W Polsce nieformalny zakaz jej czytania chyba nadal obowiązuje, skoro nawet w polskiej Wikipedii jej tytuł nie jest wymieniany w dorobku literackim autora, mimo że było o niej głośno, kiedy po polskiej premierze w 1995 roku, otrzymała nominację do nagrody translatorskiej „Literatury na świecie” i nagrody literackiej „Tygodnika Kulturalnego”. W obu przypadkach, jak najbardziej zasłużenie.

Miałam wrażenie bycia świadkiem opisywanych wydarzeń ówczesnych czasów, życia ludzi, ich obyczajów, sposobu myślenia, a nawet wysławiania się. Wymagało to ode mnie całkowitego przejścia w inny wymiar rzeczywistości, odrzucenia wiedzy mi współczesnej na temat Jezusa i dotychczas znanych pojęć.