Cieszę się, że nie sięgnęłam po tę książkę zaraz po zakupie, jakieś dwa lata temu. Potrzebowałam jej właśnie dziś, właśnie teraz. Problemy się nawarstwiają, choroba atakuje, a zimno przenika przez ściany. I nagle lekarstwo znajduje się samo. Spontanicznie sięgam na półkę, po to, by Richard Paul Evans zabrał mnie do Toskanii i rozgrzał historią, która kiedyś wydarzyła się naprawdę…

Piękną, przejmującą historią!

Może jestem naiwna, ale nie widzę nic banalnego w pisaniu o miłości. Polubiłam Evansa przy okazji „Obiecaj mi”. Zastąpił on u mnie Nicholasa Sparksa, który przez lata miał za zadanie osładzać mi życie swoimi powieściami. „Kolory tamtego lata” odbiegają zresztą od schematu prostej, banalnej historyjki romantycznej, jakich pełno wokół. Dzieje Eliany i Rossa tak naprawdę przesycone są goryczą i bólem, a szczęście okupione jest tutaj łzami, wątpliwościami i udręką innych osób. Słodko-gorzko, jak to w prawdziwym życiu. Ale czyż mogłoby być inaczej w przypadku historii, która oparta jest na rzeczywistych zdarzeniach…?

Tagi: "Kolory tamtego lata", Richard Paul Evans, powieść, recenzja..