Poszłam na Sępa nie oglądając nawet trailera, co robię zawsze przed pójściem do kina. Coś tam czytałam, coś tam widziałam w necie. Zawsze, kiedy do kin wchodzi polski film spoza kategorii filmów w stylu „Kac Wawa”, idę – trzeba wspierać polski przemysł filmowy.

Poza tym jakoś tak wydawało mi się, że to może być całkiem dobre kino. Niestety trochę się pomyliłam. Do pewnego momentu myślałam, że może oczekiwania się sprawdzą, ale zakończenie spowodowało, że wyszłam z kina wkurzona i trochę zniesmaczona miałkością finału.

Sęp (Michał Żebrowski), jako posiadacz wyjątkowych umiejętności detektywistycznych zostaje przydzielony razem z Bożekiem (Daniel Olbrychski) do sprawy, która spędza sen z powiek policji. Otóż w ciągu kilku ostatnich lat z więzień i sal sądowych znikają wyjątkowo groźni przestępcy, a kiedy wybucha afera na całą Polskę postanawiają położyć temu kres. No i zaczyna się śledztwo.

Tytułowy Sęp to Aleksander Wolin, który nie lubi być nazywany Olkiem. Kiedy był małym chłopcem tatuś poradził mu, że czasem ważniejsze niż uzyskanie odpowiedzi jest zadanie właściwego pytania, no to nasz Sęp nie robi nic innego, jak wyjmuje kredę i zapisuje bezsensownie proste pytania na tablicy w stylu „Kto pomaga mordercom?”, okraszając to niemal matematycznymi równianami w stylu: morderca+x=coś tam coś tam, a życie=życie – doprawdy to odkrywcze