Wiadomo, że Papa Almodóvar słynie kiczem i przesadą. W początkach kariery, gdy tworzył filmy pełne kolorów i przerysowania, zgromadził grupę oddanych fanów, którzy po dziś dzień zachwycają się jego tworami. Na swoim koncie posiada dziesiątki produkcji szalonych, pełnych emocji i kontrowersyjnego humoru, a wszystkie one trzymają ten sam, wysoki poziom.

I choć jego najnowszy pomysł – „Przelotni Kochankowie” – okazał się filmem bez polotu, nie można zapominać o czasach świetności reżysera z La Manchy. Almodóvarowi zawdzięczam bardzo wiele, od jego filmów zacząłem świadomą przygodę z kinem, rozkochałem się w dramatyzmie historii przedstawianych na ekranie, radośnie taplając się w zalewającej mnie tandecie. Jasne, że na swoim koncie ma on i filmy cięższe – „Złe wychowanie” na przykład. Jednak żaden z nich nie wzbudza we mnie tak wielu dobrych emocji, nie wyzwala przyjemnych wspomnień, nie przynosi uśmiechu tak skutecznie jak „Kika”. Kika to nie film – to genialny popis, dzieło skończone, majstersztyk i perła hiszpańskiej kinematografii. Jeśli jej nie pokochasz, nie będę z Tobą rozmawiał.

Fabuła „Kiki”, kręci się wokół głównej bohaterki i osób, które spotyka na swojej drodze. Jest to narwana, infantylna, ale pełna humoru kobieta, która do życia podchodzi w bardzo pobłażliwy sposób. Mieszka razem z Ramonem, uznanym fotografem i gosposią lesbijką – Juaną – która nie ukrywa swoich kazirodczych ciągotek. Apartament nad nimi zajmuje ojczym Ramona i kochanek Kiki – Nicolas. W ich życiu pojawia się także brat Juany, eksgwiazda porno, niebezpieczny gwałciciel – Pablo oraz ekscentryczna prezenterka telewizyjna, wszędzie węsząca sensację, Andrea Caracortada. Czyż nie brzmi to świetnie?

Wszystko w tym filmie jest doskonałe. Wszystko. Bez wyjątku. Almodóvar w rolach głównych obsadził trzy ze swoich licznych muz – Veronicę Forqué, Rossy de Palmę, Victorię Abril. Wszystkie one w czasie kręcenia „Kiki” były u szczytu swych możliwości, dając z siebie najwięcej jak mogły. Każda stworzyła charakterystyczną, absorbującą i niedającą się zapomnieć postać, nadając filmowi niezwykłego klimatu. W jednej z ról epizodycznych reżyser obsadził własną matkę, zdając sobie sprawę z tego jak niewiele czasu jest w stanie jej poświęcić. Kobieta okazała się jedną z najpocieszniejszych postaci filmu, zagrała samą siebie, a po skończeniu zdjęć z jej udziałem od razu ruszyła po wypłatę gotówki. I to mi się podoba.

Tagi: Pedro Almodóvar, Kika, Złe wychowanie, Przelotni Kochankowie, fabuła, recenzja.