Dwa lata temu swoją premierę miał najdziwniejszy jak dotąd film w karierze Gore Verbinski’ego, człowieka odpowiedzialnego za ogromny sukces „Piratów z Karaibów”.

Mam na myśli, oczywiście, „Rango”, animowany western w gwiazdorskiej obsadzie z Johnny’m Depp’em na czele. Ten pełen nawiązań i aluzji film został odznaczony Oscarem i nagrodą BAFTA. W tym roku reżyser po raz kolejny zabiera nas w podróż na Dziki Zachód. Czy „Jeździec znikąd” jest odkrywczy w swoim gatunku?

Stróże prawa wyruszają w pościg za nieuchwytnym i siejącym postrach Butch’em Cavendish’em. Znienacka bandyci przypuszczają atak, który przeżywa jedynie John Reid (Armie Hammer). Mężczyzna pragnie pomścić śmierć swoich towarzyszy, wśród których był jego brat (James Badge Dale). Wkrótce poznaje tajemniczego Tonto (Johnny Depp), Indianina wywodzącego się z plemienia Komanczów. Z jego pomocą, John jako zamaskowany jeździec decyduje się sam wymierzyć sprawiedliwość zabójcom.

Początkowe sceny filmu ukazują chłopca w przebraniu kowboja oglądającego muzealną ekspozycję. Zatrzymuje się przy figurze starszego Indianina, który nagle porusza się. Mężczyzna opowiada chłopcu nieco chaotyczną i pełną niespójności historię o Jeźdźcu znikąd. Niekiedy wydarzenia zupełnie się ze sobą nie łączą, stają się bardzo chaotyczne.

Może powinno się je potraktować nieco z przymrużeniem oka, jak legendę, w której nie wszystko musi mieć sens? Chyba tak, ale co z tego, skoro oglądanie wywołuje niewiele przyjemności i radości. Miałam takie szczęście (albo i nie), że podczas kinowego seansu głośne chichoty i komentarze pani siedzącej za mną sprawiały, że niemal cała sala wybuchała śmiechem w nawet najbardziej nieoczekiwanych momentach.