Jedzenie odgrywa w moim życiu tak samo dużą rolę jak filmy. Proces gotowania, wymyślania przepisów, modyfikowania, ulepszania, dodawania ulubionych składników. Radość odkrywania nowych smaków, nowych kuchni. I jest zupełnie jak z kinem – czasami kiedy mam ochotę na Almodóvara katuję go na wszystkie możliwe sposoby, tak, że już wychodzi mi bokiem, a wciąż i wciąż brnę w kolejne „Kiki” i „Przerwane Objęcia”.

Kiedy w kuchni upatrzę sobie jakiś składnik – a takich było już kilka: cynamon, ser z niebieską pleśnią, aktualnie zielone pesto – wrzucam je do każdego dania jakie planuję przygotować (sos pomidorowo-cynamonowy!). Nigdy nie sądziłem, że odnajdę się w kuchni, między wszystkimi garnkami, nożami, patelniami i tarkami, a o dziwo – odnajduję się coraz lepiej. A potem pałaszuję te wszystkie pyszności przy lekkich komediach, nawet i romantycznych. Któregoś dnia trafiłem na „Julie&Julia” i od tego momentu wszystko się zaczęło. Poznałem (i pewnie sam nazwałem!) gatunek jakim jest kino kulinarne – i niczym nie przypomina to programów Ewy Wachowicz czy Ani Guzik (która, swoją drogą, ma duży problem z krojeniem cebuli). Tam gotowanie (i samo jedzenie) sprowadza się do rangi sztuki, eksponuje jego piękno i niezwykłość. Bo, proszę państwa, jedzenie jest piękne, a dla niektórych (w tym mnie!) godne kilkudziesięciu minut na wielkim ekranie.

cinemuwi.blogspot.com

„I’m Julia Child. Bon Appétit!” – te słowa krążą w mojej głowie od kiedy jakiś czas temu obejrzałem film o dwóch Juliach (a nie było to wcale tak niedawno!) – ekranizację książki opartej na życiu amerykańskiej kucharki, Julii Child, i blogerki, Julie Powell, która stawia sobie wyzwanie wykonania 524 przepisów z książki kucharskiej swojej kulinarnej mentorki w przeciągu zaledwie jednego roku. A mentorka to nie byle jaka – po tym jak Child wraz z mężem przeniosła się do Paryża postanowiła, że jej życie musi nabrać sensu. W dążeniu do celu była bardzo zdeterminowana – w 1951 roku jako pierwsza kobieta ukończyła francuską szkołę kucharską Le Cordon Bleu. Propozycja wydania książki pojawiła się niespodziewanie i całkowicie naturalnie – dwie paryskie kucharki zaproponowały jej współudział. Po wielu próbach, w roku 1961 ukazała się „Mastering the Art of French Cooking”, kilka lat później zaproponowano jej własny telewizyjny program – „The French Chef”. Nic dziwnego, że stała się legendą – sprawiła, że Amerykanie odkryli tajniki francuskiej kuchni (szalony boeuf bourguignon). Nie martwcie się – w filmie faktografię i daty zamieniono na ciasta, ciasteczka, mięsa, zupy, przeciery i tarty (choć nie oznacza to, że uproszczono tę ciekawą historię!). Poza wszelkimi rarytasami co rusz wypływającymi z ekranu, film zyskuje dzięki Meryl Streep, która mimo, że skarykaturowała prawdziwą Child, tchnęła w nią nowe życie tworząc kolejną niezapomnianą kreację.

cinemuwi.blogspot.com

Jeśli chodzi o filmy kulinarne – kino ukochało sobie historie oparte na faktach. Rok po Juliach do kin wkroczył angielski „Tost” z przegenialną rolą Heleny Bonham Carter i ciekawym Freddiem Highmorem. Jest to opowieść o losach Nigela Slatera, który od małego czuł pociąg do mieszania przypraw, łączenia makaronu z pomidorowym sosem (co, w tamtych czasach, było nie do pomyślenia!), zabawy garnkami, patelniami i formami do ciast. Po śmierci matki, gotowanie potraktował jako kompetycję z własną macochą Dorothy (w filmie Jane) o uwagę surowego ojca. Wciąż i wciąż próbował prześcignąć jej kulinarny talent tworząc coraz to nowe przepisy. Największa walka toczyła się jednak o cytrynowe ciasto z bezą (nawet nie chcę myśleć jakie to jest trudne!) – ulubiony przysmak jurora. Jak sam mówi – przez miesiące, a może nawet i lata tworzył przepis na ten smakołyk tylko po to, by udowodnić Dorothy, że potrafi zrobić go lepiej. A w filmie, poza wyżej wspomnianym ciastem, tysiące pysznych dań, którymi zarówno Nigel jak i macocha próbują uwieść serce jego ojca.