W końcu przywitałem się z panem Jamesem Whitem i jego „Szpitalem kosmicznym”. Było to bardzo miłe spotkanie, które przerodzi się prawdopodobnie w dłuższą znajomość.

Czytając przygody doktora Conwaya w Szpitalu Kosmicznym sektora dwunastego, napisaną dodajmy prawie pięćdziesiąt lat temu, poczułem tęsknotę za ową science – fiction, w której kosmos był gęściej zasiedlony niż Nowy York, ras i gatunków było setki, a każdy z każdym jakoś się tam dogadywał. Gdzie się podział ów optymizm? Gdzie wiara, że ludzie zaludnią galaktykę i rozpełzną się po niej niczym karaluchy, ale będą trochę milsi? Nie zrozumcie mnie źle. Apokalipsa, koniec świata i cywilizacji, zagłada i żywe trupy to moje ulubione tematy, ale czasem człowiek chce poczytać o sukcesach, o kosmosie, który ma tak wiele różnych twarzy, macek, odnóży i tym podobnych, że od tej różnorodności się w głowie bądź w trzewiach kręci. A taki właśnie jest „Szpital kosmiczny”.

Jak wyleczyć pacjenta, którego fizjologia i sposób myślenia, postrzegania świata jest zupełnie różny od ludzkiego?

Tagi: Szpital kosmiczny, James White, książka.