Zawsze chciałam mieć czerwoną sukienkę w groszki. Kierując się tą dziwaczną motywacją i postępując wbrew mądrej zasadzie głoszącej „nie oceniaj książki po okładce”, ustawiłam się w kolejce po powieść Renaty Kosin „Mimo wszystko Wiktoria”. Przyznaję, nie jest to najmądrzejszy sposób doboru lektury, ale czy to ważne? Ważne, by czytać. Tym bardziej, że w tym przypadku, za przeuroczą okładką, skryła się przesympatyczna opowieść.

Od czasu, kiedy poznałam cykl „Klub mało używanych dziewic” napisany przez Monikę Szwaję, mam słabość do lekkich i zabawnych historii, w których pierwsze skrzypce gra paczka przyjaciółek. Choć jest to już motyw mocno wyeksploatowany, choć wiadomo, że każda z przyjaciółek będzie miała zupełnie inny charakter, zainteresowania, doświadczenia, problemy, że będą sobie wzajemnie dokuczać i złościć się na siebie od czasu do czasu, ale murem też będą stały przy sobie i jedna drugiej nie da zrobić krzywdy, choć to już gdzieś było, już ktoś coś podobnego opisał, to jednak okazuje się, że raz jeszcze cztery przyjaciółki mogą stać się bohaterkami historii, która bawi, wzrusza i pozwala miło spędzić dwa upalne wieczory.

Gabrysia to kobieta z charakterem i zasadami. Samotnie wychowuje nastoletnią córkę, choć mogłaby mieć życia jak z bajki – świetnego faceta i brak problemów z dziurami w domowym budżecie. Zuzanna ma duszę artystki, męża, który spełnia wszelkie jej zachcianki, psa Cynamona i malutki smutek w sercu. Michalina cały czas spędza w domu, pod czujnym okiem kochającego męża. Dusi się w swej samotni, ale z pewnego powodu nie może opuszczać mieszkania. Nadopiekuńczość ją drażni, dotyk męża też. Ma dwóch synów, których kocha ponad życie. Jest jeszcze Edyta, najmłodsza w tym gronie. Korzysta z rad i doświadczenia swoich przyjaciółek. Łatwo jej nie jest, bo właśnie straciła pracę, co mocno godzi w jej ambicję.