Z U2 intensywniej zetknąłem się w 1983 roku, przy okazji albumu „War”, z którego utwory obficie były grane w trójkowych audycjach, zwłaszcza tych prowadzonych przez Leszka Adamczyka. Ale widać to ciągle nie był ten moment.

Iluminacja dopadła mnie dwa lata później, gdy w „Wieczorze płytowym” Tomasz Beksiński zapuścił „Under A Blood Red Sky”. Muzyka z tego de facto minialbumu (trzydzieści pięć minut z sekundami) wbiła mnie w domowy fotel. Rokendrol jeszcze raz zarzucił na mnie swoje sieci – bezkompromisowa i bardzo gitarowa jazda do przodu zachwyciła od pierwszego słuchania. W jeden wieczór stałem się wielkim wyznawcą U2, którym – mimo ciężkich prób w postaci Zooropy i Popu – jestem do dziś.

Irlandzki kwartet to moje roczniki. Wtedy, w 1983 roku, byli ledwie chłopakami tuż po dwudziestce, ale już po trzech płytach studyjnych, z których ostatnia wyniosła ich do roli gwiazd. Już po przejściach, bo ocalili skład kapeli rodem jeszcze ze szkoły kosztem niepodpisania pierwszego kontraktu płytowego (firma fonograficzna chciała, by zmienili perkusistę – skądś to starsi spośród nas znają, prawda?). Z dzisiejszej perspektywy widać, że warto było. Czy ktoś słyszał, by z obozu U2 docierały jakieś informacje o kłótniach?