Gdy młoda para staje przed ołtarzem, zwykle ani ona, ani on nie biorą pod uwagę tego, że przyszłość, w którą wspólnie wkraczają, może okazać się zupełnie inna od wyobrażeń. Nie twierdzę, że nie mają wątpliwości, że pozbawieni są obaw. Jednak tymczasem biała suknia szeleści, organista gra „Ave Maria”, a w oczach odbijają się nie tylko kościelne świece, ale także zwyczajna radość. I szczęście.

Po jakimś czasie coś się zaczyna psuć. Praca absorbuje za bardzo, obowiązki przytłaczają, gro czasu zajmuje opieka nad dziećmi. Gdzieś w tym wszystkim brakuje miejsca na rozmowy, spacery, pasje, niespiesznie celebrowane obiady. Na miłość. Psychiczną i fizyczną. Kończy się życie razem. Zaczyna życie obok. Zmiany przebiegają z dużą siłą lub dyskretnie. Nie każdy je dostrzega. Aż któregoś dnia zdumieni odkrywamy, jak wiele przeoczyliśmy i jak wiele przez to możemy stracić.

„Miałam na nosie okulary z różowymi szkłami. Inny kolor naszej przyszłości nie wchodził w grę.”

Ola ma trzydzieści lat. Jest żoną Pawła i matką dwóch chłopców, dziesięcioletniego Michała i o pięć lat młodszego Tomka. Tych trzech mężczyzn stanowi cały świat Oli. Najchętniej oddałaby się całkowicie prowadzeniu domu, zostając idealną gospodynią domową, „kurą salonową”, jak to określał jej mąż. Póki co, pracuje jednak w galerii, znosząc cierpliwie narzekania swej pracodawczyni.

„Powinnam otworzyć sklep z garmażerką mięsną. Galeria to marny biznes” – zwykła powtarzać pani Fredzia, nie mogąc sprzedać kolejnych szklanych zajączków i aniołków, tandetnych kubków i świeczników. Szumnie nazywany galerią sklepik, niczym nie przypominał oazy sztuki, w której lokalni artyści i rzemieślnicy mogliby wystawiać na sprzedaż swoje wyroby. Mimo niezbyt satysfakcjonującej pracy, Ola jest ze swojego życia zadowolona. Ma wspaniałego męża, kochane dzieci i przyjaciółkę, na którą zawsze może liczyć. Przeoczyła jednak jeden „drobiazg”. Paweł chciałby czegoś innego, czegoś więcej.