Trylogia „Władca Pierścieni”, adaptacje znakomitych dzieł J.R.R. Tolkiena, stały się jednymi z najlepszych filmów wszech czasów. Nieustannie zadziwiają i oczarowują swoją dopracowaną do perfekcji stroną techniczną i wizualną. Po prawie 10 latach od, wydawałoby się ostatniej, podróży do Śródziemia Peter Jackson ponownie nas zaskoczył. Zaserwował nam piękny powrót do tej krainy. „Hobbit” to jedna z najbardziej oczekiwanych premier 2012 roku.

Bilbo Baggins (Martin Freeman) jest spokojnym i powszechnie szanowanym hobbitem. Bardzo ceni sobie smaczną kuchnię, relaks i wygodę. Stara się unikać wszelkich przygód, woli nie oddalać się od swojego domu. Pewnego dnia staje się jednak nieoczekiwanym członkiem kompanii krasnoludów. Wraz z czarodziejem Gandalfem (Ian McKellen) wyruszają w długą i niebezpieczną wyprawę. Za wszelką cenę chcą odzyskać złoto ukradzione niegdyś przez groźnego smoka Smauga.

„Hobbit. Niezwykła podróż” to pierwsza cześć nowej trylogii. Nie podoba mi się pomysł takiego podziału. Od razu nasuwa się pytanie: jak zrobić trzy solidne i wciągające filmy na podstawie ok. 300 stronicowej książki? Twórcy postanowili czerpać garściami także z innych zapisków dotyczących Śródziemia.

Starają się jak najzgrabniej wplatać różne motywy, żeby zaciekawić widza. Na dobrą sprawę, wychodzi im to nieźle. Miło jest wrócić do Shire, słysząc w tle znany nam dobrze motyw Howarda Shore’a oraz spotkać znanych już bohaterów, min. Gandalfa, Galadrielę, Elronda, Golluma, Sarumana, czy nawet Froda.