Do dziś miło wspominam mój pierwszy seans filmu „Czarny kot, biały kot”, który okazał się dużym zaskoczeniem i niezwykłym doświadczeniem. Oczarowana wyjątkowym stylem Emira Kusturicy, postanowiłam sięgnąć po „Arizona Dream”. Skończyłam je oglądać dopiero za drugim podejściem, ale warto było! Wizja reżysera jest szalona, intrygująca i przesiąknięta absurdalnym humorem.

23-letni Nowojorczyk Axel Blackmar (Johnny Depp) pracuje w urzędzie rybołówstwa. Zajmuje się znakowaniem ryb, do których ma wręcz mistyczny stosunek. Pewnego dnia ulega namowom kuzyna Paula (Vincent Gallo) i przyjeżdża do Arizony na ślub swojego wuja Leo (Jerry Lewis). Prowadzi on luksusowy salon samochodowy, który pragnie przekazać Axel’owi. Wkrótce mężczyzna poznaje ponętną i ekstrawagancką wdowę Elaine (Faye Dunaway) o niezaspokojonych potrzebach seksualnych i jej pogrążoną w depresji pasierbicę Grace (Lili Taylor), której wielką miłością są żółwie. Axel wdaje się romans ze starszą z nich i jego kilkudniowy pobyt w Arizonie znacznie się przedłuża.

„Arizona Dream” to nietuzinkowa i surrealistyczna produkcja. Emir dał popis swojej niebywałej wyobraźni i stworzył spójne dzieło. Zrealizował je w fascynujący i groteskowy sposób oraz ze sporą dawką ironii. Historia jest z pozoru banalna i niezbyt oryginalna, powoli okazuje się jednak, że pierwsze wrażenie myli. Fabuła staje się coraz bardziej niesamowita i absurdalna, a akcja nabiera szybszego tempa. Rozgrywa się w dziwnej scenerii, scenografia jest intrygująca. Początkowo film nieco nudzi, ale później wciąga i nie pozwala oderwać od siebie uwagi. Humor jest niepospolity i stanowi nieodłączny element tego dzieła. Komizm płynie tu nawet z najprostszych sytuacji. Wyjątkowo rozbawił mnie występ Paula Legera. Bohater ukazał scenę filmową, w której uchyla się przed nadlatującym samolotem.