Tytułowy Jimmy (Barry Ward) to irlandzki aktywista, próbujący zrobić coś dobrego dla społeczności, w której przyszło mu żyć i ponosi za to surową karę. Ponad dekadę wcześniej spotkało go dokładnie to samo, jak widać jego altruistyczne podejście bierze górę nad rozsądkiem i historia zatacza koło.

Jimmy wraca ze Stanów by zająć się schorowaną i samotną matką, a przy okazji wchodzi w konflikt z panującym w Irlandii klerem. Dobrem, o którym wspomniałam jest odbudowa miejscowego klubu, którego głównym zadaniem poza dostarczaniem rozrywki jest edukacja młodzieży pozostawionej na pastwę powojennej posuchy gospodarczej. Czytają literaturę, uczą się śpiewu, tańca, uczestniczą w zajęciach plastycznych, jednym słowem – rozwijają się. Jednak to, co dla jednych jest nieszkodliwą rozrywką, okazją do wyrwania się z marazmu, dla innych, czyli Kościoła jest działaniem zła wcielonego, szatańskim wybrykiem.

I tak oto w małej irlandzkiej wiosce staje barykada, gdzie po jednej stronie stoi Jimmy, a po drugiej miejscowy Ojciec Sheridan (Jim Norton), którzy niestety, mniej niż pełnokrwistymi bohaterami, są chodzącymi i oddychającymi ideami. Wszystko jest tu czarne albo białe. Jimmy Gralton odważnie walczy z zabobonem i władzą, Sheridan jest poplecznikiem przedstawicieli rządu, prowadzący „spis powszechny” uczestników grzesznych zabaw i wykrzykujący z ambony farmazony o „losangelizacji” obyczajów i zamachu na tradycyjne wartości.

Jedna rzecz nie ulega dyskusji – to sentyment Loacha do Irlandii, jej pejzaży, historii, społeczności. Niski ukłon w stronę irlandzkiej kultury widzimy w każdej scenie, każdym ujęciu.

Tagi: Klub Jimmy'ego, film, recenzja, altruista, Irlandia, spór.