To nie miała być bitwa. Bo cóż może banda nie­zor­ga­ni­zo­wa­nych szu­braw­ców i zło­dziei prze­ciwko nim. Żołnie­rzom, obroń­com, któ­rzy dzi­siaj zamie­nili się w mści­cieli, katów. Sta­rzec szedł na ich czele, dzier­żąc w dłoni młot, któ­rym zamie­rzał prze­kuć rze­czy­wi­stość na lep­sze. Jego ude­rze­niami wyrów­nać nie­do­sko­na­ło­ści, na metalu roz­grza­nym w ogniu walki.

Z jakie­goś jed­nak powodu odczu­wał smu­tek. Nie gniew, nie chęć zemsty czy nie­na­wiść, która prze­cież i w nim się goto­wała, gdy widział znisz­cze­nia jakich doko­nali. Zasta­na­wiał się czy robią dobrze. Jakie mają prawo ska­zy­wać na śmierć, naka­zy­wać swoim ludziom zabi­jać tych, któ­rzy kie­dyś mogli być im braćmi. Czy wal­cząc przez całe życie ze złem, z agre­sją, sam nie stał się agre­so­rem, który nie zna żadnej innej drogi poza prze­mocą. Naj­bar­dziej zasmu­cało go jed­nak to, że nawet ta świa­do­mość nie sprawi, że zawróci. Nawet pew­ność, że to błąd nie sprawi, że prze­sta­nie być mło­tem na wro­gów ich porządku. Dla niego było już za późno, ale ona wciąż miała jesz­cze szansę.

Wystar­czył jeden impuls by oczy­ścić myśli. Pierw­szy, głu­chy grzmot sztaby metalu opa­da­ją­cej na kark prze­ciw­nika, stłu­miony trzask łama­nych kości, odu­rza­jący napływ adre­na­liny, szał, chłód ręko­je­ści ściska­nej w sęka­tych dło­niach. To zawsze było naj­lep­sze lekar­stwo. Dla każ­dego z nich. Oni jedy­nie nie uda­wali, że jest ina­czej. Oni się tym cheł­pili, czer­pali gar­ściami, zabi­jali swoje dusze z pełną świa­do­mo­ścią tego co czy­nią. Dusze obroń­ców zaś umie­rały powoli, zale­wane gory­czą nie­uga­szo­nego do końca gniewu. Jego ciało sła­bło z każ­dym rokiem i wie­dział, że woli umrzeć w walce niż zwięd­nąć bijąc się z myślami. Nagłe ukłu­cie bólu, skurcz i kolejne ude­rze­nie. Ból go napę­dzał. Roz­nie­cał żądzę znisz­cze­nia. Zosta­wiał bli­zny na ciele, a śmierć, którą zada­wał, zosta­wiała bli­zny na duszy. Bli­zny, które na sta­rość dawały o sobie znać.

Tagi: opowiadanie, grzmot, walka, impuls, przeciwnik.