Gdy w grudniu 1980 roku został, w wieku czterdziestu lat, zastrzelony John Lennon, miałem osiemnaście lat. Wtedy czterdziestka wydawała mi się pokaźnym wynikiem. Gdy jedenaście lat później umarł Freddie Mercury, a miał pięć więcej niż Lennon, myślałem już inaczej.

Dziś sam mam pięć krzyżyków na karku, co ciągle do mnie nie dociera i wciąż – mimo różnych problemów – chce mi się żyć. Wciąż wierzę, że jeszcze parę ciekawych rzeczy przede mną. Ileż mogli jeszcze skomponować obaj wymienieni wyżej artyści, ile płyt mogli wydać, wspaniałych piosenek skomponować, ile dać niezapomnianych koncertów!

Od razu powiem, że Queen właściwie nigdy nie należeli do tej grupy wykonawców, których darzyłem szczególną atencją. Poza może samym początkiem, a tym dla mnie była prezentacja w 1978 roku – w audycji, a jakże, Piotra Kaczkowskiego – krążka „Jazz”. Pewnie dlatego mam do tego albumu słabość do dziś. Rok później ukazał się dwupłytowy koncert „Live Killers” ze świetną, gitarową wersją „We Will Rock You”.

„The Game”, mimo dobrej singlowej zapowiedzi w postaci tytułowego nagrania, rozczarowywał. Nigdy nie polubiłem syntezatorów w queenowskim wydaniu. Nie rozumiałem, jak mając w składzie tak rasowego gitarzystę, jakim jest Brian May, można odwalać taką popelinę. Płyty studyjne w latach 80., nieliczne zresztą, szły swoją drogą. Jednak na koncertach, jak to zwykle się dzieje w takich przypadkach, dosypywania do pieca było znacznie więcej, czego znakomitym przykładem jest rejestracja występu na Wembley z 1986 roku, wydana sześć lat później, już po śmierci FM.