Kiedy po raz pierwszy dane było mi ją usłyszeć byłem pewien, że trafiłem na postać z przełomu lat ’60 i ’70 ubiegłego wieku, która jakimś cudem umknęła mi w trakcie muzycznych eksploracji. Jej muzyka wydała mi się jednak nieprzeciętna i zbyt rozpoznawalna bym mógł ją przeoczyć. Sprawdziłem rok wydania płyty. 2010… Wow! Zakochałem się na miejscu, bo mało kto wykonuje dziś funky retro-soul z taką autentycznością jak Sharon Jones & The Dap-Kings.

Wyobraźmy sobie, że mamy rok 1965, żyjemy gdzieś w Stanach. Wracamy z pracy, włączamy nasze ogromne odbiorniki radiowe opychając się szarlotką. W wieczornej, soulowej audycji słyszymy Sama Cooka, Arethe Franklin na zmianę z Ettą James i artystami z Motown Records. Gdzieś pomiędzy nimi pojawiałyby się zapewne nagrania Sharon Jones gdyby nie fakt, że miała wtedy zaledwie 9 lat i wraz ze swoimi braćmi wykonywała pierwsze, tapczanowe koncerty dla najbliższej rodziny. Tańcząc i wykrzykując wniebogłosy ” I feeeeeeel good ” w duecie z Jamesem Brownem z winylowej płyty.