Jakiś czas temu, czekając na nowego „Frankenweeniego” obejrzałem oryginalną wersję z 1984 roku. Film nie jest długi, trwa pół godziny i nie przypomina innych tworów Burtona – jest lżejszy, mniej mroczny. Na pewno nie można nazwać go złym – chociażby ze względu na występ Shelley Duvall (którą ostatnimi czasy uwielbiam), czy – jak na tamte czasy i dość niski budżet – naprawdę niezłe efekty specjalne.

Rownież w ramach oczekiwania przejrzałem najlepsze animacje dla dorosłych, starsze filmy Tima, „Gnijącą”, „Nightmare”. Wreszcie nadszedł dzień premiery – salę liczącą ze dwadzieścia rzędów, w każdym po dziesięć krzeseł wypełniła ciasno garstka osób, sztuk cztery – ze mną włącznie. Więc skoro udało się zapewnić kameralny, domowy wręcz, klimat nie pozostało mi nic innego jak przyglądać się poczynaniom bohaterów twórcy „Soku z żuka”.

Animowany „Frankenweenie” nie tylko przebił (oj, przebił) filmową wersję, ale wywrócił mój mały animacyjny ranking do góry nogami. Bije na głowę technikę poprzednich „Burtonów” – tutaj osiągnął geniusz, tworząc idealne, charakterystyczne postaci, ciekawe scenerie, PIĘKNE potwory i pierwszą czarno-białą animację od czasów Vincenta. Każdy szczegół, każdy detal doprowadził do perfekcji. Nawet gdyby wyłączyć dźwięk (choć dialogi i muzyka też są genialne) możnaby czerpać ogromną przyjemność z tego niezwykłego widowiska.