Pochodzący z 1818 roku „Frankenstein” autorstwa młodej Mary Shelley jest uważany za pierwszą powieść z gatunku science fiction. Skupia się w głównie na motywie kształtowania osobowości i często negatywnego wpływu, jaki na nią wywiera otoczenie. Odrzucenie oraz nienawiść ludzka okazuje się bowiem tym, co obudziło w stworze doktora Frankensteina najgorsze instynkty. Reżyser filmu „Trainspotting”, „127 godzin” i laureat Oscara za „Slumdog. Milioner z ulicy”, Danny Boyle postanowił przedstawić własną wizję kultowej historii na deskach londyńskiego teatru. Podjął się niebywale trudnego zadania, gdyż zyskała już wiele ekranizacji i na trwale zapisała się w światowej kulturze.

W ubiegły piątek skorzystałam z okazji, żeby spełnić jedno z moich postanowień i wybrałam się do kina na 2,5 godzinną retransmisję sztuki z National Theatre pt. „Frankenstein”. Poprzedził ją krótki filmik podsumowujący próby i przygotowania oraz ujawniający ciekawostki na temat książkowego pierwowzoru. Adaptacja skupia się w dużej mierze na często spłycanym, a jakże istotnym przesłaniu i dylemacie moralnym tytułowego bohatera. Podkreśla nierozerwalną więź i skomplikowaną relację między stwórcą a jego wytworem. Skłania do głębszych przemyśleń i refleksji, pozostawiając ostatecznie widzowi szerokie pole do własnych interpretacji. Poprowadzona w nieszablonowy sposób fabuła fascynuje i urzeka.

Prawdziwy spektakl emocji zapewnia także piękna oprawa artystyczna. Ogromne wrażenie wywiera już sama scena, która choć niewielkich rozmiarów, staje się idealnym miejscem akcji dla tej niepokojącej i inspirującej opowieści.

Tagi: Danny Boyle, Frankenstein, teatr, National Theatre.