Prawie dwadzieścia lat temu bracia Coen przedstawili światu jeden ze swoich najlepszych filmów – „Fargo”. Obraz nakręcony w 1996 roku dzisiaj uchodzi już za kultowy. Był tam kapitalny, pokręcony Steve Buscemi, który razem z zabójczo obojętnym Peterem Stormare stworzył niezapomniany duet groteskowych porywaczy. Był fajtłapowaty William H. Macy, który łaknął od życia więcej, niż było mu dane i wplątał się w prawdziwe bagno. Była wreszcie Frances McDormand, która zagrała bodaj swoją rolę życia, wcielając się w policjantkę w ciąży. Jej końcowy monolog wypowiedziany w akompaniamencie muzyki Cartera Burwella, w całym swym banale i prostocie, do dzisiaj wywołuje ciarki na plecach.

Świetna fabuła opleciona czarnym humorem, po jaki potrafią sięgać tylko Coenowie, do tego nagromadzenie absurdu, ironii, groteski i niezapomniany mroźny, zimowy klimat. „Fargo” w niezwykły, niecodzienny sposób opowiadało o rzeczach podstawowych, najprostszych wartościach, i aż dziw bierze, że nikt przed nimi nie nakręcił takiego filmu. Teraz zaś, po latach, gdy dzieło Coenów zdążyło się już nieco zakurzyć, stacja FX postanowiła zrealizować serial o tym samym tytule, który jednak posiadałby zupełnie nową fabułę. Merytoryczną pieczę nad całością objęli Coenowie, a w obsadzie znaleźli się m.in.: znany z „Hobbita” Martin Freeman, Billy Bob Thornton i Bob Odenkirk.

Trzeba przyznać, że twórcy dobrze wiedzieli, co robią. Od początku mamy nieodparte wrażenie, jakbyśmy obcowali ze starym dziełem braci Coen, scenarzysta i reżyserzy znakomicie wzorowali się na tamtym obrazie, potrafiąc bez problemu oddać jego klimat. Jednocześnie podążają w kierunku świeżości, nawet jeśli fabularny punkt wyjścia jest podobny, to jednak twórcy nie powielają scenariuszowych zagrywek i z czasem zmierzają w zupełnie inną stronę. W rezultacie po części jest to „Fargo”, jakie znamy (nie czujemy się w tym świecie obco, wiemy czego się spodziewać), a po części coś zupełnie nowego (fabuła nieustannie zaskakuje i nie sposób przewidzieć ruchów scenarzysty). Efekt jest niezwykle zadowalający i chociaż jako widz i fan braci Coen, podchodziłem do serialu bardzo sceptycznie, to wystarczył jeden odcinek, by dać się wciągnąć w tę grę. I o to chodzi.

Poznajemy Lestera Nygaarda, który jest ofermą. Pogrążony w kompleksach, pozbawiony pewności siebie, tłamszony jest przez wymagającą żonę. Męczy go wizerunek brata, któremu w życiu wszystko się układa. Sam nie potrafi nawet naprawić szwankującej pralki, co jego żona nieustannie będzie mu wypominać. Podobieństwo tej postaci do bohatera granego w oryginale przez Macy’ego jest widoczne na pierwszy rzut oka. To niemal bracia bliźniacy. Sam Martin Freeman jest tutaj uroczy w tej swojej nieudolności. Szybko zaczynamy żywić do niego sympatię i kibicować jego poczynaniom, ale to znakomita zagrywka ze strony twórców, gdyż Nygaard jest w gruncie rzeczy… antybohaterem. Pobity przez dawnego znajomego, szczycącego się seksualnymi relacjami z jego żoną, Lester trafia do szpitala, gdzie spotyka tajemniczego i sztywnego jak kołek Lorne’a Malvo. W tej roli świetny Billy Bob Thornton. Jest cichy, a jednocześnie bardzo charyzmatyczny, przez co diabelnie niebezpieczny. W czasie krótkiej, zdawałoby się niezobowiązującej rozmowy na oddziale, wydobywa z Nygaarda ukrytą gdzieś wewnątrz żądzę zemsty i zmusza go do zaangażowania się we własną historię. Można nawet powiedzieć, że ma szczytny cel – dodać fajtłapie pewności siebie i uczynić z niego mężczyznę. Niestety, nie tędy droga, wybory jakich dokonają obaj panowie, wywołają lawinę wydarzeń, których nie sposób zatrzymać. Na zimnokrwistym i brutalnym mordercy Malvo kolejne trupy nie będą robiły wrażenia, lecz Lester wpląta się w coś, co całkowicie odmieni jego życie. I nie będzie już odwrotu.

Tagi: Fargo, Lester Nygaard, dramat, film, recenzja, Adam Bernstein, Martin Freeman, Billy Bob Thornton.