Pierwszy raz z „Dziewczyną z szafy” i Bodo Koksem zetknęłam się przy okazji Off Plus Camery. Gdzieś mi mignęła w programie festiwalu, Bodo uśmiechał się z ekranu telewizji śniadaniowej – na film nie poszłam, trzeba było coś wybrać, a ponieważ wiedziałam, że film prędzej czy później do polskich kin trafi, poszłam na coś innego. Film udało mi się obejrzeć w dzień premiery w warszawskiej Kulturze. 6 osób na sali w tym jeden facet uronił łezkę.

Od czasu do czasu w polskim kinie pojawiają się filmy, które wystawiają środkowy palec wszystkim hejterom polskiej kinematografii. Takim filmem dla mnie była „Róża”, „Drogówka”, „Lęk Wysokości”, „Sala Samobójców”, takim filmem była też „Yuma”. Filmy pokazujące, że są w Polsce ludzie potrafiący opowiadać ciekawe, wciągające historie. Nie zawsze muszą to być arcydzieła kinematografii, ale filmy, które angażują widza, po których nie szkoda ci 15zł wydanych na bilet. Takim filmem jest „Dziewczyna z szafy”. Seans był prawdziwą przyjemnością – ale nie tylko w takim powierzchownym, wyświechtanym znaczeniu – ten film ogląda się naprawdę świetnie! Od fabuły, przez muzykę, po bohaterów i obrazy.

po-napisach-koncowych.blogspot.com

Jacek (Piotr Głowacki) usiłuje prowadzić w miarę normalne życie, jakiego spodziewać by się można po ok. 30 letnim facecie. Ma pracę, ma mieszkanie, szuka kobiety metodą prób i błędów. Przeciętny trzydziestolatek. Jedyną „przeszkodą” jest Tomek (Wojciech Mecwaldowski) – cierpiący na zespół sawanta i wymagający ciągłej opieki brat. Przeszkodę nie bez powodu umieściłam w cudzysłowie – ponieważ dla Jacka Tomek wcale nie jest brzemieniem – to jego jedyna rodzina, jego najbliższy przyjaciel, którego potrzeby zawsze stawia na pierwszym miejscu.