„Dziewczyna z lilią” była moim must see miesiąca. Oczywiście poza nią do kin wchodzą inne, naprawdę interesujące produkcje, jednak ona zdecydowanie najsilniej przykuła moją uwagę. Zjawiskowa Audrey Taotou i wcale nie gorszy, Romain Duris to dla mnie wystarczające powody by wybrać się do kina.

Dodajmy do tego zachęcające trailery, baśniowy klimat i… Zaraz zaraz, czy to jest ten człowiek, który wyreżyserował „Zakochanego bez pamięci”? Może i tym razem uda mu się otrzeć o geniusz. Oczekiwania rosną, ciekawość sięga zenitu, „Dziewczyna z lilią” może okazać się jednym z najlepszych filmów roku 2013. I wreszcie – dzień premiery. Oglądam. Oglądam. Wcale nie czuję zachwytu. Wcale nie zapiera dechu w piersi. Przyprawia o zawroty głowy nadmiarem… wszystkiego! Zabawki, klamoty, gadżety, nie mam chwili na spokojny oddech, na obycie się z sytuacją. Jedynie dezorientacja, rozbiegane oczy i zupełne rozkojarzenie. I jeśli to wszystko przez to, że nie czytałem książki, to znaczy, że pan Gondry nakręcił bardzo nieudaną ekranizację.

Jest to historia rozgrywająca się w świecie znacznie różniącym się od tego, który znamy. Colin – młody i piękny – ma wszystko czego dusza zapragnie – piękne mieszkanie, po brzegi wypełnione innowacyjnymi wynalazkami, adwokata-kucharza, który jednocześnie jest jego najlepszym przyjacielem, nieabsorbującą pracę. Do szczęścia brakuje mu jedynie miłości. Pewnego dnia w jego kolorowym świecie pojawia się Chloé, a między dwójką bohaterów rodzi się wielka miłość. Jednak podczas podróży poślubnej dziewczyna zapada na groźną i trudną do wyleczenia chorobę – w jej płucu rozkwita lilia wodna, która wyniszcza ją od środka. Colin zaczyna rozumieć, że świat to nie bajka, a to co niegdyś przychodziło z łatwością, teraz nie jest wcale takie proste.