Trzeba mieć ogromny talent, by z filmu, którego cała akcja toczy się w jednym zamkniętym pomieszczeniu, i tylko się gada i gada, zrobić arcydzieło. Jak na dłuższą metę zainteresować widza rozmową? Ten sekret zabrał ze sobą do grobu Sidney Lumet, któremu udało się nakręcić trzymający w napięciu dramat sądowy, którego zakończenia nijak nie możemy przewidzieć.

Akcja rozpoczyna się po zakończeniu rozprawy sądowej: sędzia poucza przysięgłych o odpowiedzialności, jaka na nich ciąży, ci opuszczają salę i odchodzą wydać werdykt w sprawie o morderstwo. Jest upalny letni dzień i wyraźnie widać, że ławnikom nie chce się zbyt długo debatować. Zamiast więc podyskutować o sprawie od razu przechodzą do głosowania. I gdy wydawać, by się mogło, że werdykt będzie jednomyślny, przysięgły nr 8, którego dręczą wątpliwości, uznaje nastolatka, oskarżonego o zabicie ojca za niewinnego.

Fabuła jest prosta jak drut: 12 nieznajomych, niemających na co dzień nic wspólnego z sądem, zostaje odseparowanych, by wydać wyrok. Wychowani w odmiennych warunkach społecznych, ukształtowani przez inne czynniki, reprezentujący odmienne systemy wartości, będą musieli wydać wyrok jednomyślny. Większość chce szybko zakończyć sprawę i wrócić do domu. Przysięgły numer 8 zasiewa jednak w ich umysłach ziarno wątpliwości: jak można skazać na śmierć osobę, której nie można udowodnić winy w 100%? Czy w 5 minut można zdecydować o wysłaniu kogoś na krzesło elektryczne?