To były czasy. Te letnie, przyjemne wieczory, kiedy pod ścianą lokalnej knajpki siadało się z ciepławym piwem i znajomymi. Marzyło się wtedy głośno, choć nieco naiwnie, serce miało się gorące i podchmielone, chciało się coś robić, lecz nie bardzo wiadomo było co.

Zapach lata, wydłużone cienie, pryszczate twarze rówieśników, którzy nie nosili nazwisk, tylko ksywki, smutek zmieszany z przesadną ekscytacją – całkiem przyjemnie było mieć naście lat. Ten, kto to pamięta, uśmiechnie się już na widok pierwszych kadrów Doomboya. To tu, nad gładkim i zimnym papierem, unosi się autentyczna melancholia tamtych dni. Nie do końca wyidealizowana, trochę pryszczata właśnie, znajdująca swoją poetyckość między siarczystym „kurwa, stary!” a rozlanym podczas koncertu browarem.

Bohaterem Doomboya jest Id, nastoletni fan metalu z przydługą grzywką. Jego największym marzeniem jest podpisać kontrakt na płytę. Chłopak nie powala jednak ani umiejętnościami, ani wizerunkiem, jest totalnie przeciętny i przezroczysty towarzysko. I to akurat jemu, wątłemu i cierpiącemu na nadmiar wyobraźni wrażliwcowi, przytrafia się rzecz straszna. Umiera Ania, jego ukochana. To natomiast, jak można się domyślić, pozostawi po sobie dotkliwe straty. Teraz nasz Doomboy zamiast serca ma dziurę, w głowie natomiast mętlik i głęboką rozpacz.

Tagi: Doomboy, komiks, młodość, Id.