Filmy takie jak „Delikatność” sprawiają, że kocham kino. To jest właśnie to poczucie niezmarnowanego czasu, uczucie radości – zachwytu nad tym jakie to wszystko jest świetne, odruchowe, mimowolne wejście w przedstawiony na ekranie świat, towarzyszenie bohaterom smucąc i ciesząc się razem z nimi.

Ostatnie dwie godziny spędziłem w Paryżu. Ciepłym, przyjaznym, nonszalancko stwierdzającym – jestem najpiękniejszym miejscem na ziemi. Nie stać mnie na samolot z dnia na dzień, nie stać mnie na utrzymanie, nie stać mnie na życie tam – a jednak tam byłem. I to nie w pojedynkę. Po takim seansie czuję, że powinienem, czuję, że chcę, czuję, że muszę próbować lepiej, choć nie jestem nawet w stanie sprecyzować co dokładnie. Wcale nie przez to co dzieje się na ekranie – przez to jak to się dzieje. Przez te wszystkie kadry, przez idealną charakteryzację, przez scenografię, perfekcyjnie pasującą muzykę, naprawdę dobre aktorstwo. „Delikatność” to świetny film, na miejscu reżyserów oglądałbym go z dumą. A na swoim własnym i tak sięgnę po niego jeszcze nie raz.

Zaczęło się bardzo ładnie, urocza dziewczyna weszła do kawiarni, w środku był mężczyzna. Głos z offu pozwolił poznać nam jego myśli – kobieta zaintrygowała nie tylko widzów. Próbował zgadnąć co zamówi, jeśli zgadnie – podejdzie do niej. I tak rozpoczęło się ich wspólne życie – pełne planów, pełne marzeń, pełne myśli o przyszłości. Byli szczęśliwi, czuli się przy sobie pewnie. Nathalie nie podejrzewała nawet, że moment w którym zajęta lekturą, nie spojrzała nawet na wychodzącego z domu François, był ostatnim moment w którym się widzieli. Po trzech latach od śmierci męża przy życiu trzymała ją tylko praca – nie wychodziła ze znajomymi, nie zapraszała nikogo do domu, nie spotykała się z nikim. Pewnego dnia poznała Markusa – łysiejącego Szweda z lekką nadwagą, w wyciągniętym, starym swetrze, z zawsze obecnym na twarzy uśmiechem. Kto by pomyślał, że może ich coś połączyć (?). A jednak…