Sięgnęłam po tę książkę odruchowo, widząc charakterystyczne druty obozu koncentracyjnego z wieżyczką strażnika. To moja tematyka, w której zagłębiam się systematycznie od czasów licealnych. Przyzwyczajona jestem do tytułów-haseł sugerujących tragizm zawartości. Zdań-informacji o milionach sprzedanych egzemplarzy widniejących na okładce tytułowej. Blurbów-reklam z rodzaju tych, jakie umieszcza się z tyłu, a jakie przeczytałam również na tej książce:

clevera.blox.pl

Nihil novi – pomyślałam – o takich sprawach nie można pisać inaczej, one nie podlegają jakimkolwiek kryteriom i ocenom literackim. Zawsze są wyjątkowe, zawsze wstrząsają, zawsze się po nich zamyśla, choćby były pisane najprostszym, najuboższym językiem. Liczy się przede wszystkim treść i prawda historyczna świadków upadku ludzkości, a co najważniejsze – tego typu publikacje nie potrzebują reklamy. Ale z przyzwyczajenia i przyjętego rytuału rozpoznawczo-zapoznawczego z książką, przeczytałam wszystko, co zostało na niej umieszczone. Powoli opinie o autorze typu – to jeden z autorytetów moralnych XX wieku i o jego książce – ponadczasowa recepta na przetrwanie, zaczęły wzbudzać we mnie zaciekawienie, które po zdaniu – klasyka piśmiennictwa z dziedziny psychiatrii, przeszło w zaskoczenie, a potem w pytanie – Czyżbym trafiła na książkę-opracowanie specjalisty piszącego o obozach koncentracyjnych? Szybkie przejście do Przedmowy, po pochłonięciu której zamarłam na moment, czując nadchodzące uczucie doświadczone do tej pory tylko trzy razy w życiu (całkowita absorpcja każdego słowa tekstu, wypełniających dokładnie każdy skrawek umysłu i duszy), upewniło mnie, że właśnie znalazłam kolejny, czwarty element do mojej światopoglądowej mozaiki.

Co tak mną poruszyło w tej niewielkiej objętościowo książeczce?

Nie to, że był więźniem niemieckich obozów koncentracyjnych (miedzy innymi w Auschwitz), w których stracił w komorze gazowej ojca, matkę, żonę i brata, ale to, że na tym dnie piekła pojawił się jako psychiatra. Życie?, los?, karma?, Bóg? postawił go w sytuacji, w której mógł zdobytą wiedzę o psychice człowieka skonfrontować z rzeczywistością w jej najbardziej ekstremalnej postaci, w swojej najbardziej odczłowieczonej formie z przewartościowanym, wypaczonym systemem moralnym.

Przeżył najsurowszy egzamin, a właściwie niekontrolowany, skrajny eksperyment psychologiczny, w którym stawką było jego życie. Nie, nie życie, ale jego sens. Dane mi było przeżyć wraz z nim głębię duchowego jestestwa, od którego odbijały się, jak piłeczki od tarczy, krzyki katów – Nie możecie szybciej świnie? Nie ma dla mnie piękniejszego przykładu moralnego niż autorytet stosujący metodę wpływu osobistego w pouczaniu, nauczaniu, a w przypadku autora, leczeniu ludzi.