Richard Curtis kolejny raz w roli reżysera i scenarzysty. Świat pokochał go w tej podwójnej roli już za „To właśnie miłość” i „Radio na fali” i jestem pewna, że i „Czas na miłość” urzeknie wielu. Bo to kino znakomite – ciepłe, mądre, piękne i absolutnie wyjątkowe.

Żałować można jedynie, że kolejny raz Polacy udowodnili swą nieudolność, nadając „About Time” kompletnie nieadekwatny i fatalny tytuł, sugerujący, iż mamy do czynienia z kolejną komedią romantyczną. Tymczasem esencją filmu „Czas na miłość” jest to, jak daleko leży on od romantyczności i jak nienachalnie przedstawia uczucia. I wcale rzecz nie leży w typowych uczuciach damsko-męskich. Miłość do ojca, do siostry, dzieci, przyjaciół – to jest najistotniejsze. Związek głównych bohaterów stanowi zaledwie tło całej opowieści.

Tak to widzę.

Tim (Domhnall Gleeson) jest trochę nieudany. Nie wychodzi mu z dziewczynami, nie ubiera się najmodniej, otacza się ekscentrykami i średnio odnajduje się w życiu. Do tego jest rudy i mało elokwentny. Kryje w sobie jednak sporo uroku, z którego sam nie zdaje sobie sprawy, a który odkrywa w nim słodka Mary (Rachel McAdams). Zanim jednak dochodzi do zawiązania relacji między nimi, Tim musi się natrudzić. Między innymi… podróżując w czasie. I tak to się zaczyna…

Tagi: About Time, Czas na miłość, Richard Curtis.