Jak wiadomo, w życiu pewne są jedynie śmierć i podatki. Żadna z tych rzeczy nie jest przyjemna, obydwie są nie do uniknięcia. Zazwyczaj człowiek umiera nagle, nie mogąc się wcześniej pożegnać z bliskimi czy spełnić ostatnich marzeń. A co, gdybyśmy mieli taką możliwość? Oto słyszymy diagnozę: zostało nam 6 miesięcy życia, ni mniej, ni więcej. Czy spędzimy ten czas, żyjąc jak wcześniej, czy raczej robiąc coś na co zawsze mieliśmy ochotę, ale nigdy się na to nie odważyliśmy?

„Choć goni nas czas” to historia dwóch mężczyzn, którzy poznali się w szpitalu na oddziale onkologicznym. Łączy ich jedno: nieuchronnie zbliżająca się śmierć. Poza tym to dwie całkowicie odmienne osobowości, mające inne marzenia i priorytety. Edward i Carter zaprzyjaźniają się jednak i wspólnie tworzą tzw. listę przedśmiertną (the bucket list). Na przekór wszystkim wyruszają w podróż życia, która dostarczy im nieznanych emocji i pozwoli się otworzyć na drugiego człowieka.

Film zrobił na mnie duże wrażenie: rozbawił, wzruszył i przypomniał o tym, co ważne. Nicholson i Freeman stworzyli niezapomniany duet, grając jedne z najlepszych ról w swoich karierach. Przekazali widzom przesłanie, nie robiąc jednak niczego na siłę. Edward i Carter w ich wykonaniu byli tak ludzcy, że naprawdę trudno nie pokochać tego filmu.