Co powstanie gdy zmieszamy wszystko co dobre z „Commandosów” i „Desperados” i wciśniemy ociekający nielegalnym alkoholem i jazzem klimat miasta Ala Capone?

Uwielbiam calutką serię gry „Commandos”, począwszy od trójki kończąc na arcytrudnym dodatku do jedynki. Seria jak wiadomo została przenesiona do 3D i tam zmarła śmiercią tragiczną, bodajże od strzału pijanego snajpera. Szukałem innych gier i mój wybór padł na „Desparados” oraz już bardziej klimatycznego króla Sherwood, Robin Hooda. Nieistniejąca już firma Spellbound po swoich naprawdę konkretnych poprzednikach wypuściła kolejną produkcję pt: „Chicago 1930″, która oprócz świetnej lokalizacji, czasowej i kulturowej sprostała moim wymaganiom.

Grę otwiera ciekawe intro, które wprowadza nas w klimat gangsterskich porachunków. Po stworzeniu profilu mamy do wyboru dwie kampanie: gangsterską z 1928r, w której jako Jack Beretto pomagamy chicagowskiemu Don Falcone rozszerzyć swoje terytorium oraz policyjną z 1930, kiedy to pod wodzą Edwarda Nasha staramy się wyrwać oportunistycznie miasto z łap mafii. Gra nie narzuca nam wprawdzie od której kampanii mamy zacząć, aczkolwiek dla początkującego gracza warto wybrać tę pierwszą, chociażby ze względu na poziomu trudności. Jednak stanowczo odradzam wybranie poziomu łatwy. Ujmuje tylko inteligencji potencjalnemu graczowi.

Ścieżka dźwiękowa jest niczego sobie, aczkolwiek po pewnym czasie nudzi. Bardzo podobało mi się, że zmieniała się wyraźnie przyśpieszając, gdy ktoś np. znalazł ciało, bądź zaczynał węszyć wokoło. Na pochwałę zasługuje także spolszczenie. W Chicago usłyszymy głosy chociażby Borysa Szyca czy też posterunkowego z „Rodziny zastępczej”.